Nie smoleńskiej rzecz jasna. (O tym na koniec.)

Kiedy w listopadzie 2011 zaklepałem sobie swój pierwszy, jednodniowy kurs kowalstwa — nie tyle kurs właściwie, co obwąchanie — nie mogłem się go doczekać. Do tego stopnia, że jeszcze przed kursem rozpocząłem rekonensanse. Pytałem znajomych, czy nie znają jakichś kowali — ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. No i okazało się, że ktoś słyszał i wie — pewien kolega zachęcił mnie do nawiązania kontaktu z niejakim Josephem.

Nawiązywanie rozpocząłem do wybrania się na stronę WWW Josepha, która wyglądała dość kiepsko, ale przedstawione na niej dzieła bardzo mi się spodobały. Pewną wątpliwość wzbudził we mnie fakt, że nie widziałem na niej niczego, co sugerowałoby pracę w kuźni, ale notka biograficzna tak poetycko opiewała „młot, ogień i kowadło” (oraz inne rzeczy) że i tak napisałem maila. Szło to jakoś tak:

Wielce Szanowny Panie Artysto,

niewartżem kurzu spod Pańskich podeszew, jednakowoż wielce chciałbym napotkać Pana i obejrzeć Waszmościne dzieła. Azaliż znalazłbyż Waszmość chwilęmoment celem zaprezentowania mi swej Sztuki?

Ze ścielącym się u nóżek poważaniem,

Przyszły Metalurg

Pan artysta zechciał i spotkaliśmy się o siedemnastej. O dwudziestej miałem z kimś kolację (oraz randkę) na drugim końcu miasta, ale uznałem, że dwie godziny na pewno wystarczą, aby obejrzeć wszystko. Nie wystarczyły. Mistrz tworzył bowiem w metalu, żywicy, szkle, gipsie, kamieniu, drewnie, skórze, tkaninach wszelakich oraz kombinacjach wyżej wymienionych (z pewnością o czymś zapomniałem). Moje oczy otwierały się szerzej i szerzej, a szczęka opadała do podłogi. Aż w pewnym momencie otwarły się zapewne na tyle szeroko, że moja intuicja wyjrzała, obrzuciła mistrza spojrzeniem i zawyrokowała:

— To TEN.

— Jak to ten? — zdziwiłem się.

— TEN jedyny, TEN, no, głupi jesteś? TEN i tyle.

Doznanie — po godzinie znajomości — było, powiedzmy delikatnie, nieoczekiwane. Oraz oparte na konkretnie niczym. Tak więc zignorowałem intuicję, ale nie mogłem zignorować faktu, że rudo-siwy artysta w typie Wikinga rzecz jasna MUSIAŁ mi się spodobać.

Zbrojmistrz, który wtedy nie był jeszcze moim Zbrojmistrzem, tylko obcym facetem robiącym niesamowite rzeczy, opowiedział mi historię. Miałem mianowicie na twarzy zrobioną z kolczugi maskę, która kończyła się tuż nad ustami. Joseph zaś miewał co jakiś czas rodzaj randki polegający na tym, że ktoś przychodził do niego, rozbierał się w przedpokoju, zakładał maskę, wchodził do pokoju, dostarczał Zbrojmistrzowi… jak by to ładnie… rozkoszy oralnej, po czym wychodził. Nie odbywało się w ogóle nic innego, rozmowa, przytulanie, pocałunki, etc. Maska była w użyciu na żądanie gościa i służyła temu, żeby go nie rozpoznano — zapewne gość był żonaty, znany z TV, był księdzem katolickim lub był to Jan Maria Rokita (y otros, y otros) (żartuję, kto by nie rozpoznał Jana Marii Rokity) (y otros, y otros). W każdym razie ważnym fragmentem tej historii jest fakt, że Joseph nie dowiedział się nigdy, czy da się całować z osobą przyodzianą w strój.

Bezczelnemu pancurowi łysnęło w oku i natychmiast zasugerował:

— To może sprawdzimy?

Był to okres mojego bipolarnego „haja”, okres, w którym nikt i nic nie mogło mi się oprzeć, a świat służył zaspokajaniu moich zachcianek. Nie oparł mi się również artysta. Całował się, jak się okazało, bardzo dobrze. I zapewne sprawdzilibyśmy, co jeszcze da się w tej masce robić, albo i bez niej, gdybym ja już nie miał tego wieczora randki. Tak więc ustaliliśmy, że spotkamy się niedługo celem kursu robienia kolczugi dla mnie — i być może celem innych ciekawych zajęć — i poszedłem sobie.

Zbrojmistrz powiedział mi pięć miesięcy później, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Ja tak naprawdę też, tyle, że odmówiłem przyjęcia tego do wiadomości. Co gorsza, zamiast tego trzymałem się Drwala, który był bezpieczny, bo nudny i przy którym intuicja mi nie pikała. Bo łatwiej być z kimś, kto nas nudzi, więc nie skrzywdzi odchodząc, prawda? Tak więc Josepha, zamiast tego, dołączyłem do swojego haremu, spotykałem się z nim na seks, pogaduszki, kino, kolację i rozmowy o sztuce. Z produkcji kolczug dużo nie wyszło, bo okazało się, że to okropnie nudne zajęcie dla osób posiadających tzw. „cierpliwąść”, czy jak to się tam pisze. Cierpliwość przydała się Zbrojmistrzowi również dlatego, że po mniej więcej miesiącu spotykania się z nim powiedziałem mu, że nie szukam nikogo na stałe i między nami nie będzie niczego więcej, niż tylko seks i przyjaźń. Zresztą, na stanowisku „stałego” był Drwal.

Z Drwalem, jak wiadomo, nie wyszło, po części dlatego, że pewnego dnia odkryłem coś dziwnego. Siedziałem otóż na kanapie z tym przystojnym, brodatym, rozłożystym, nudnym facetem, on oglądał telewizję, a ja… myślałem o Josephu. Myślałem o tym, że to z nim wolałbym spędzać czas. Ciekawe, co porabia. Ciekawe, czy czasami o mnie myśli. Co też robi. Co też tworzy. Co by powiedział, gdybym mu powiedział, że go ko…

W tym momencie intuicja, rzecz jasna, zarechotała i wyciągnęła rękę po 10 euro, które byłem jej winien.

Tak się złożyło, że 1 kwietnia odbyłem sesję fotograficzną dla niderlandzkiej gazety, a potem pojechałem prosto do Josepha, żeby mu powiedzieć, że zmieniłem zdanie i jednak bardzo bym chciał, żeby był moim chłopakiem. I co on na to. Spodziewałem się reakcji w stylu „no nie wiem, przecież sam mówiłeś, zastanowię się”. Otrzymałem natychmiastową, entuzjastyczną zgodę. I tym oto sposobem półtora tygodnia temu stuknęła nam oficjalna rocznica, w okrągłą i łatwą do zapamiętania datę. Rok po tym wesołym wydarzeniu żaden z nas wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście. Bo, widzicie, wygląda na to, że moja intuicja miała rację.

Nie pisałem o tym na blogu, bo było mi zwyczajnie głupio. Przeczytałem sobie ostatnio zapiski z poprzednich lat — powiedzmy delikatnie, że moje wybory miłosne nie były zbyt mądre. Z Wikingiem i DJem głównie się kłóciłem, po czym wymyślałem dla nich długie i zawiłe usprawiedliwienia. Po stronie plusów dodatnich zapisać mogę to, że nie spędziłem z żadnym z nich np. 20 lat, tylko związki kończyły się w miarę prędko. A jednak — nawet przed Wikingiem był niejaki Olivier, który podobnie jak DJ miał wszystkie podręcznikowe objawy narcyzmu. Wiking cierpi na zaburzenie kompulsywno-obsesyjne. Czemu zakochałem się akurat w nich?

Zbrojmistrz nie wydaje się posiadać żadnych zaburzeń oprócz jednego, irytującego jak cholera. Jest mianowicie podle zdolny manualnie. Szyje, gotuje, rzeźbi, wylewa z plastiku, robi kolczugi i kamizelki z łusek metalowych, a jeśli czegoś nie umie zrobić, to sprawdza sobie w Interwebsach i już umie. Mi nauka przychodzi mimo wszystko z trudem, chociaż po ponad roku daje bardzo wymierne rezultaty. Dla niego wszystko, co robi, jest łatwe. A jednak zaczęliśmy już pracować razem, może dlatego, że się dopełniamy. Ja zrobiłem kalendarz, broszurę, stronę WWW i Facebooka. On zrobił mi płaszcz elfów (premiera 20 kwietnia), liczne dzieła sztuki pokrywające grubą warstwą już nie tylko jego ale i moje mieszkanie, nakrycie głowy z kolczugi i wiele innych rzeczy. A przede wszystkim wprowadził w moje życie poczucie niezmąconego szczęścia — i stabilności. Bo nawet w okresie moich najgorszych „jazd” nie zostawił mnie samego wzorem DJa. Jak szło to powiedzonko ludowe? Prawdziwy jak rudzielec, jakoś tak, zdaje się.

*

Jak się okazało ku zdziwieniu głównie mojemu, debata w telewizji publicznej nie była spotkaniem ekspertów. A jednak upieram się, że przydałoby się, gdyby do ludzi „dopuszczających możliwość” przemówić ludzkim językiem. Zgadza się ze mną Leszek Jażdżewski:

Wyobraźmy sobie, że przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w 2007 roku w czasach rządów PiS w Gruzji rozbija się samolot z polską delegacją z Donaldem Tuskiem, Adamem Michnikiem, Bronisławem Geremkiem, Bronisławem Komorowskim i Markiem Belką na czele. Że śledztwo prowadzi zaprzyjaźniona z prezydentem Lechem Kaczyńskim administracja Saakaszwilego, że ustalenia w Polsce prowadzi komisja powołana przez premiera Jarosława Kaczyńskiego z szefem IPN Januszem Kurtyką. Że jej ustalenia okazują się nieprecyzyjne, że śledztwo się ślimaczy, a strona gruzińska nie jest skłonna do kooperacji. Czy w przypadku tak obciążonej dodatkowymi znaczeniami tragedii zaufalibyśmy funkcjonariuszom IV RP, że rzetelnie zajmują się katastrofą, w której zginęli ich przeciwnicy polityczni?

Więcej nic na ten temat nie mówię, już teraz dalszy ciąg programu…

Dzisiaj będę pisać rzeczy niepopularne.

Nie wśród mainstreamu, prawicy, etc. Wśród moich czytelników. Mam jakiś obraz czytelnika tego bloga i mam wrażenie, że przynajmniej dużej części poniższe się nie spodobają. Jestem bardzo ciekaw, czy moje wrażenie jest słuszne.

*

Po pierwsze primo, uważam, że to bardzo dobrze, że dzieło sci-fi Anity Gargas „Anatomia Upadku” zostanie pokazane w TVP. Nie dlatego, że uważam, że prawda leży pośrodku, albo że w ogóle mam w planie ten utwór oglądać. Natomiast podoba mi się bardzo pomysł, żeby to dzieło pokazać w mainstreamie, a potem przystąpić do debaty ekspertów. Zakładam tutaj, że wystąpią prawdziwi eksperci, a nie osoby zajmujące się projektowaniem siedzeń w szybowcach, którym się ubzdurało, że w Smoleńsku rosły trzy brzozy, z których dwie emitowały hel, a dowodzi tego fakt, że Lech Kaczyński miał przy sobie długopis. Debata w TVP, wsparta PRAWDZIWYMI dowodami i przeprowadzona językiem zrozumiałym dla przeciętnego wyborcy ma szansę zredukować o połowę ilość tych, co nie wierzą w ustalenia komisji Millera.

Wiem oczywiście, że jest taka część ludzi, których nie przekona nic i nic im nie pomoże, ponieważ z ich punktu widzenia największym problemem jest to, że zginął Kaczyński, a Tusk żyje. Gdy czytamy, że Tusk jest tchórzem, bo wyjeżdża 10 kwietnia, należy to odczytywać właśnie w ten sposób: Tusk jest tchórzem, bo żyje. Gdyby Tusk tchórzem nie był, postawiłby się przed plutonem egzekucyjnym i zażądał, aby strzelano celnie. Nie ma takiej ilości dowodów, pomników, profesorów i ekspertów, od której temu typowi ludzi skończyłyby się żądania. Gdyby wrak magicznie się do Polski teleportował, złożył w całość i rozpadł jeszcze raz, dowiedzielibyśmy się, że cały ten wrak to fałszywka (ba — byli tacy, co doszli do wniosku, że z Warszawy wystartowały dwa tupolewy). Oni nie pochwalą emisji filmu w TVP, bo TVP powinna film emitować na okrągło 24 godziny na dobę na wszystkich kanałach, z przerwami wyłącznie na orędzia premiera Jarosława Kaczyńskiego. Ale do tej grupy nie trafi nic. Równie dobrze można przekonywać posłankę Pawłowicz, żeby kiedyś pogadała z grupą miłych LGTB, którzy ją będą przekonywać o prawdziwości swoich związków.

*

Po drugie primo, jak wiadomo, jestem feministą. Dlatego właśnie denerwuje mnie okropnie, gdy osoby określające i podpisujące się mianem feministek dopuszczają dla kobiet tylko jeden wybór: pełną emancypację.

No więc nie. Wybór — to wybór. To proste stwierdzenie wydaje się nie do pojęcia zarówno korwinistom, jak i „feministkom”. Wstawiam to określenie w cudzysłowy, bo jest tak naprawdę kolejną wersją patriarchatu, tyle, że odgórne polecenia przychodzą z innego miejsca. Kobieta ma robić to, co JA jej mówię, bo JA wiem lepiej, a jak jej się nie podoba, to znaczy, że jest głupia i nie umie dokonać właściwego wyboru. Nie mogę strawić pogardy zawartej w tym stwierdzeniu, a dodatkowo stwierdzenie owo robi nam feministkom bardzo zły PR. Agnieszki Graff było trzeba żeby powierdzieć głośno: my, feministki, wcale wszystkie nie uważamy, że Terlikowska to gópia kura domowa. Bo my, feministki, nie jesteśmy Terlikowską i nie wiemy, co ją uszczęśliwia i czego ona chce lepiej, niż ona sama. A w odróżnieniu od męża, pani Małgorzata nie stawia sprawy na ostrzu noża mówiąc „wszystkie kobiety mają siedzieć w domu i rodzić dzieci co 12 miesięcy”, mówi tyle, że szkoda, że Kościół nie chce kobietom dać tego wyboru. No więc ja żałuję, że nie wszystkie feministki chcą go kobietom dać.

Znam pary hetero i homo, w których jedno z partnerów zostaje w domu. Bo tak chcą. Ba, znam parę hetero, w której to mężczyzna został przez jakiś czas w domu z dziećmi, bo kobieta zarabiała więcej. I to była ich wspólna decyzja, która po kilku latach się zmieniła, bo to on dostał propozycję wyższych zarobków. To jest dla mnie właśnie feminizm. Kobiety i mężczyźni w oczywisty sposób się różnią: jedno ma sisiorka, a drugie ma wedżajnkę. Jedno generalnie podnosi ciężary łatwiej (chociaż też nie zawsze), a jedno karmi piersią. I tyle. Trochę mają inną kompozycję hormonalną, co w pewnym stopniu statystycznie różnicuje im upodobania. Lecz! Są kobiety, które lubią seks. (Escandalo!) Są takie, które chadzają na seks-imprezy, uprawiają seks za pieniądze, a na proszonych kolacjach opowiadają sobie o tym, co ostatnio robiły w łóżku. No dobrze, nie w łóżku, w szopie ogrodowej na stole. (Poważnie, znam je osobiście.) Są takie, które chcą być żonami i matkami i wychowywać dzieci. Są takie, które chcą uprawiać wspinaczkę wysokogórską. Są takie, które chcą pisać poematy o różach i małych uroczych zwierzątkach. I to WSZYSTKO jest OK, dopóki ktoś ich do tych rzeczy nie zmusza. A czy ten ktoś jest korwinistą, feministką, mężem, kochanką, dzieckiem czy ojcem, to jest mi już wszystko jedno.

A żeby jeszcze dobić na koniec, mężczyźni też powinni mieć pełny wybór, a osoby od „what about teh menz?” uważam za zwyczajnie głupie.

*

Na koniec trzecie primo: nie jestem już ateistą.

Jak się okazuje, można się nawrócić z opóźnieniem. Tyle, że określenie „nawrócić” jest nieco mylące. Dodatkowo, w Polsce kojarzy się tylko z Bogiem, który ludziom zagląda pod kołdrę, lubi, gdy księża jeżdżą mercedesami i piją actimelki oraz posiada osobiste opinie na temat zawartości macic i właściwości lub niewłaściwości istnień ludzkich w zależności od sposobu poczęcia. Te opinie wysyła magicznie za pomocą telepatii wyłącznie do osób, które spędziły kilka lat w seminarium, zostały posłami POPiSu lub słuchają Radia Maryja. Ot, tak sobie wybrał ten Bóg z dużego B, bo jako istota wyższa jest wszakże kapryśny i wszystko mu wolno. (Przepraszam osoby, którym uraziłem właśnie uczucia religijne i proszę o niepozywanie mnie do sądu, gdyż ja tak niechcący.)

Ze swoimi poglądami religijnymi postanowiłem się wyautować z kilku powodów. Nie spodobało mi się otóż, że w Polsce biegli ocenili siłę wiary chętnych do zarejestrowania kościoła Potwora Spaghetti i uznali, że siła wiary jest zbyt niska, a kościół zbyt rubaszny. Czy siłę wiary zmierzono wiarometrem w kilodżizuskach? Tego nie podano, a ja bym chciał wiedzieć. Nie potrafię zmierzyć swojej siły wiary i w ogóle mnie to nie interesuje. Cudza siła wiary też mnie nie interesuje. Moje wierzenia są moje, a moich uczuć religijnych nie można urazić, bo nie jest to coś, na co mieliby wpływ inni ludzie. Nie rusza mnie darcie świętych ksiąg, odsądzanie mnie od czci i wiary (chłe chłe, czci; chłe chłe, wiary) ani obrzucanie wyrzeźbionych z drewna figur pomidorami.

Terry Pratchett przepięknie skomentował w „Pomniejszych Bóstwach” kwestię ksiąg jedynych. W książce występuje, zdaje się, bibliotekarz, który ma kolekcję religijnych ksiąg. Każda z nich na pierwszej stronie ostrzega, że jest tą jedyną prawdziwą!!! a wszystkie pozostałe to łgarstwa, oszczerstwa i bluźnierstwa!!! i bibliotekarzowi wydało się, że tak uroczo wyglądają wszystkie razem, koło siebie. Religie i święte księgi postrzegam podobnie do Pratchetta. A kup sobie jedną z nich i trzymaj w domu, nie musisz ich wszystkich stawiać koło siebie i uprawiać pluralizmu. Od mojego łóżka, mojej macicy, mojego dziecka, szkół, urzędów i parlamentów wszakże racz się łaskawie odpimpusiać, w przeciwnym razie Thor będzie uprzejmy zesłać ci znak, że się mylisz. A Thor nie jest bóstwem, które wierzy w symbolikę ulotną i trudną do zinterpretowania, więc symbolem dla szanpana lub szanpani może być spadający na głowę ciężki przedmiot w kształcie młota.

*

Na tym swe bluźnierstwa (chłe chłe, bluźnierstwa) zakończę i niewielu pozostałych czytelników, którzy przy tej notce nie eksplodowali zapewnię, że to nie jest spóźniony Prima Aprilis. Dodam też, że w notce następnej planuję pisać NIE o polityce, NIE o Smoleńsku i NIE o bankach. Bo tak się złożyło, że ze Zbrojmistrzem stuknęła nam rocznica, a ja na blogu, który miał być o miłości chyba nigdy nie napisałem o naszym spotkaniu.

Wywiady z Małgorzatą Terlikowską wzbudziły wiele dyskusji wśród gazetowyborczych feministek płci obojga, które nie mogą zdecydować, czy pani Małgorzata jest biedną ofiarą tyrana, czy silną kobietą o własnym zdaniu. Osobiście skłaniam się ku temu, że kobiety generalnie są w stanie decydować za siebie i zakładanie, że za ciężką dolą pani Małgorzaty stoi mąż-tyran jest trochę za proste. Ale przyjrzyjmy się wywiadom, bo cóż nam więcej powie.

Najpierw Wysokie Obcasy. (Artykuł w pianie siedzi, przykro mi.)

Piąte dziecko?

Nie teraz, poczekam. Chociaż Tomek bardzo by chciał.

Antykoncepcja?

Nie. Nigdy.

Kalendarzyk?

Nieskuteczny. Jest świetna metoda amerykańska – model Creightona – sprawdzona na milionach kobiet. Wystarczy codziennie się obserwować. I notować.

Skoro metoda jest świetna i sprawdzona, to jak pani nie wstyd mówić „antykoncepcja — nie, nigdy”? Antykoncepcja jak w mordę strzelił, tyle, że nie jest zrobiona z gumy ani się jej nie łyka. Z drugiej strony pani Małgorzata nie powiedziała „Hipokryzja? Nie, nigdy” więc może się czepiam.

Fragmenty o śluzie pomijam, bo nie wydają mi się istotne, ewentualnie jako wgląd w umysł osoby, dla której gumka to zło, a „naturalne metody” to zupełnie co innego i się nie liczy.

Te białe [naklejki] z niemowlakiem naklejam w dni płodne […] Amerykanie dodatkowo zachęcają, żeby te naklejki mąż przyklejał. Nie udało mi się Tomka namówić.

Bo antykoncepcja i ciąża to sprawa kobiety, a mężczyzna, pan stworzenia, nie jest od TAKICH spraw. Fuj w ogóle, też pomysł, żeby mąż miał być za ciążę odpowiedzialny.

O piątym dziecku:

Pięć razy dziennie potrafi wracać do tematu, aż robię się zła. „Tomasz, przestań, bo mi wszystko obrzydzisz”. „Dobra, ale widzę po twoich oczach, że byś chciała.”

Ubóstwiam, kiedy mężczyźni mówią kobietom, co one by chciały, bo te głupie nie rozumieją własnych pragnień i chęci.

Idę do swojego lekarza – to również jest osoba mocno związana z kręgami pro-life – i słyszę: „Czy nie wzrusza cię, że dzieci proszą o kolejne dzieci?” [O tym dalej – Ray]

Ubóstwiam, kiedy lekarze-mężczyźni mówią kobietom, co one by chciały, bo te głupie nie rozumieją własnych pragnień i chęci. W ogóle strasznie dużo osób wie, co pani Małgorzata by chciała i niespecjalnie się przejmuje jej poglądami na ten temat. Z drugiej strony jej własna hipokryzja też jest dla mnie męcząca:

Kiedy wchodziliśmy w małżeństwo, ślubowaliśmy, że przyjmiemy tyle dzieci, iloma nas Pan Bóg obdarzy.

No to dlaczego nie chcesz?

Zmięknę, ale jeszcze nie teraz.

No to Pan Bóg decyduje, czy pani Małgorzata używająca świetnej metody amerykańskiej?

Piąte dziecko oznacza też, że będę musiała wysłuchiwać tych wszystkich głupich komentarzy na ulicy […] bo przecież mamy XXI wiek, a tu taka czarna owca […] To się dzieje tu i teraz. Nie jest miło tego wysłuchiwać.

Och pani Małgorzato, ja bym pani mógł tako rzeke wypłakać o pierdołach, których nie jest od pani męża łatwo wysłuchiwać. A jeszcze jemu za to płacą.

Pomijam teraz długi fragment o cudownym poczęciu i niezgodności oddania nasienia do badania z poglądami, żeby zrobić śliczną wrzutkę:

O przedmałżeńską czystość ci chodzi?

Tak. Bo wy, katolicy, robicie z tego straszny fetysz.

Żaden fetysz. To po prostu bardzo wartościowa rzecz, jeśli uda się jej dotrzymać.

I wam się oczywiście udało?

Upsssss — no, bo cudzą moralność zawsze łatwiej oceniać. Homoseksualizm to patologia, rozwód i życie po rozwodzie — ohyda, seks przedmałżeński no już trudno, osoby krytykujące posiadanie piątki dzieci podłe są, antykoncepcja naturalna super, nienaturalna (krowy sobie badają śluz i to jest dowodem naturalności metody?) nie tak znowu super.

Czym się różni katolicka rodzina od niekatolickiej?

[…] Sprowadza się to do dość prostej rzeczy: katolicka rodzina wie, że nigdy się nie rozstanie.

Och, to dlatego nigdy się nie unieważnia ślubów kościelnych.

Jako katolicki rodzic stąpam po cienkim lodzie – nie mogę dopuścić, żeby moje dziecko krzywo patrzyło na Piotrusia, którego wychowuje dwóch tatusiów. A nie daj Boże, żeby Piotrusia przezywało. A z drugiej strony muszę przekazać swoje wartości i „rodzinę” Piotrusia skrytykować. Rozumiesz, że to okropnie trudne?

Ten cudzysłów.

Pani Małgorzato, jak widzę ten cudzysłów (wywiad autoryzowany) to mi jest tak okropnie trudno pani współczuć tego, że wytykana jest pani palcami za posiadanie czwórki dzieci. Thorze, daj mi siłę współczuć pani Małgorzacie.

A teraz wywiad drugi, Tok.FM.

Już tytuł ładny:

Małgorzata Terlikowska: Nikogo nie potępiamy, ale uczymy dzieci, co jest normą. Norma to mama i tata

Jeśli się trochę zna Terlika, to wie się, że pani Małgorzata mówiąc „[my] nikogo nie potępiamy” używa pluralis maiestatis, więc nie jest źle z jej samooceną. No i oczywiście dzieci niczemu nie winne, więc nie życzę państwu Terlikowskim, żeby pewnego dnia się zdziwili. Albowiem wygląda na to, że jeśli któreś dziecko państwa Terlikowskich okaże się nie być idealnie heteroseksualne, to skończy się jak ze mną i moją ciotką, którą widziałem 2 razy przez 8 lat.

Ewa Podolska: W ostatnich „Wysokich Obcasach” na okładce jest zdjęcie Małgorzaty Terlikowskiej i cytat: „Jesteśmy na siebie skazani do końca życia i teraz szlifuję ten kanciasty diament o nazwie 'Terlikowski’ „.

What has she? What has she? What has she done to deserve this?

Pani mówi, że nie jest gotowa, by mieć piąte dziecko…

– Bo to jest wielkie marzenie mojego męża i moich dzieci, żeby w domu pojawił się jeszcze jeden nowy człowiek. Bo mąż uważa, że mamy warunki, mamy siebie, mamy dzieci, które są bardzo otwarte i mnie zachęcają. Najstarsza córka potrafi mi np. zrobić tapetę na ekranie: „Mamo, chcemy dzidziusia”.

Szantaż emocjonalny za pośrednictwem dzieci to zajebista norma do wpajania dzieciom, gratulacje panie Tomaszu, dobry z pana ojciec.

[…] ma pani poczucie, że jest na froncie walki ideologicznej?

[…] To wszystko, czego doświadcza mój mąż, z czym walczy, procesy, które ma z Alicją Tysiąc czy z Anną Grodzka, to nie pozostaje bez wpływu. Bo nie da się wyłączyć emocji, kiedy się wchodzi do domu, tylko to w człowieku jest.

No i teraz jestem ciekaw, czy to była literówka z „Grodzką” czy w rzeczywistości pani Małgorzata powiedziała „z Anną Grodzkim”.

Ale są sytuacje bardzo bolesne, jak wtedy, gdy na Facebooku pojawił się profil „Odebrać dzieci Terlikowskiemu”, za poglądy, i dać gejom na wychowanie.

Co za szczęście, że geje (lesbijki na szczęście nie istnieją) nie mają uczuć i kiedy Terlikowski mówi o nich najgorsze rzeczy, to nikogo nie boli. No i ten profil jest w ogóle na poważnie i zbieramy podpisy pod projektem ustawy w tym temacie, naprawdę pani Małgorzato, klnę się na bumcykcyk i mackę Potwora Spaghetti.

Tomasz walczy ze światem, który nie jest taki, jaki chcielibyśmy, żeby był.

Gdyby pan Tomasz kiedyś przysiadł na tyłku na moment i przestał się wydzierać, mogę mu polecić dobrego psychoterapeutę. Bo walka z całym światem jest bardzo szkodliwa. Nie dla świata, dla walczącego.

Żyjemy tym i staramy się tylko chronić przed tym dzieci.

Ale to jest kwestia czasu. Teraz są małe, ale kiedyś inaczej na to spojrzą.

– Tak. Wkrótce wyjdą na podwórko i zetkną się z tym, z czym pewnie nie chcielibyśmy, żeby się stykały.

Dziesięcioletnie dziecko „wkrótce wyjdzie na podwórko”?

Ale od tego jest nasza praca od podstaw teraz, żeby miały wyrobione pewne opinie, wartości, żeby wiedziały, co jest dobre, a co złe.

I już wiemy, skąd się wzięły dobre, kochające dzieci dręczące mnie w podstawówce za to, że nie grałem w piłkę i nosiłem okulary. Miały wyrobione pewne opinie i wartości.

Moi rodzice się rozwiedli. Przyczyna ewidentnie leżała po stronie ojca. I pomyśleć, że gdybym była dzieckiem, to pani zabroniłaby swojej córce bawić się ze mną.

– Nie chodzi o to, że trzeba zabraniać. Świadomie wysłaliśmy córkę do szkoły katolickiej, prowadzonej przez ludzi ze środowiska, z którego myśmy wyrośli, przez osoby o bardzo ugruntowanych wartościach. Chcieliśmy, żeby miała ten sam przekaz w domu i w szkole.

Bóg broń, żeby się dowiedziała czegoś oprócz jednokierunkowej indoktrynacji. (Proszę patrzeć, jak pani Małgorzata twardo mówi „my” i „nasza”. To nie są pomysły wyłącznie pana Tomasza, a jeśli nawet, to ona się pod nimi świadomie podpisuje.)

To córka nie wie, że są ludzie, którzy się rozwodzą?

– Myślę, że córka wie, różnie się w życiu ludziom układa.

No niestety, nie da się zablokować Internetu, telewizji i zakazać wszystkim heteroseksualistom na świecie publicznego obnoszenia się ze swoim rozwodem.

Nie będziecie się przyjaźnić z rozwodnikiem?

– Też nie jest tak, że nie będziemy chcieli się przyjaźnić. No jest tak, że są pewni ludzie, którzy nie zabiegają o przyjaźń z nami. Nie chcą, no więc nic na siłę.

Po piętnastym kazaniu pt. „Jak wielkie zło wniosłeś w progi naszego świętego domu” zapewne też bym przestał zabiegać.

Ma pani, jeśli chodzi o dzieci, poczucie życia w enklawie, w oblężonej twierdzy. Dzieci oglądają telewizję?

– Nie mamy podłączonej anteny. Mamy telewizor i DVD. Wybieramy im bajki, także w komputerze. Proszą, żeby im włączyć, i ja mam na to wpływ. Zupełnie świadomie nie podłączamy anteny.

To mnie NIEZWYKLE zaskakuje. (Dzieciom też mogę polecić dobrego psychoterapeutę, kiedy już podrosną.)

Żeby nie było niejasności, ja nie mam problemu z brakiem telewizji jako telewizji, mam problem z wycinaniem 90% przekazu ze świata i udawaniem, że wszyscy jesteśmy identyczni.

Pani powiedziała: „Kościół powinien więcej mówić o kobiecych problemach”. Mogłaby pani to rozwinąć?

Padło tam zdanie, że troszeczkę tę przestrzeń feministki przejęły, że one ujmują się za kobietami, za wyborami kobiet, ich prawami. Ale ja mam takie wrażenie, jak czytam internet i prasę, że ten wybór ma się sprowadzać do jednego, że trzeba dać kobiecie szansę, by mogła pracować, rozwijać się, realizować się. Natomiast gdzieś zanika to, że kobieta może się również realizować, świadomie zostając w domu.

Na Thora i Odyna — zgadzam się z Terlikowską 8-o

Na koniec wywiadu dla „WO” opowiedziała pani historię, jak wyjechała do Krakowa i zostawiła męża. A on zaczął dosłownie szaleć, wydzwaniać. Przez znajomego księdza próbował się z panią skontaktować.

– Faktycznie była taka kryzysowa sytuacja. Dwa dni, nawet niecałe. To był pierwszy raz, gdy znikłam na tak długo i mąż został sam z dziećmi. I była taka trochę panika.

Rozumiem, że nigdy żadne z was nigdzie samo nie wyjeżdża?

– Ale nie! Przecież mój mąż ciągle gdzieś wyjeżdża.

Na Thora i Odyna — współuzależnienie.

Na koniec, z pierwszego wywiadu raz jeszcze:

Ten krakowski ksiądz, do którego Tomek dzwonił, powiedział mi coś takiego: „Wiesz, on ciągle jest na widelcu. Naczelny talib RP. I nagle jedyna osoba, której absolutnie może być pewien, że zawsze przy nim stanie, gdzieś wyjeżdża”. Może o to chodzi?

A może pewnego dnia pan Tomasz zawoła „come to bed, Laura Brown”, a pani Małgorzata podejmie bardzo trudną decyzję? A może córka wróci do domu z kolczykiem w nosie — ba, wcale nie wróci — i zakomunikuje, że od dziś nazywa się Macka Zła Szatana, a to jest jej dziewczyna Mrokk Gothic i założyły razem zespół punkowy Pal Kościoły? Czasami odcinanie telewizji, internetu, nieczytanie rzeczy nieprawomyślnych i zakazywanie dzieciom nawiązywania kontaktów poza szkołą katolicką przestaje działać — a im bardziej odcinano, z tym głośniejszym hukiem pękają więzy. Bo choćbyś nie wiem jak się naprężał, świat NAPRAWDĘ nie jest taki, jak Radio Maryja i Tomasz Terlikowski by chcieli.

I bardzo dobrze.

Dziś o pieniądzach.

Nie wszyscy wiedzą, że mam na koncie magisterkę z matematyki. Nigdy nie praktykowałem w, hmm, zawodzie, ale pewne rzeczy jednak widzę. Tak więc nie zdziwiło mnie zupełnie to, że Holandia trzeci rok z rzędu odnotowała recesję, ponieważ rząd holenderski trzeci rok z rzędu wprowadza oszczędności.

Podczas kryzysu oszczędności NIE WOLNO wprowadzać. Budujemy bowiem w ten sposób kółeczko. Państwo wdraża oszczędności. Mniej pieniędzy z budżetu zostaje wydane „na mieście”. Sektor prywatny mniej zarabia, w związku z czym zaciska pas i ogranicza wydatki. Wpływa to na zmniejszenie zarówno podatków wpłacanych państwu, jak i na wydatki sektora prywatnego u sektora prywatnego, przy okazji generując bezrobocie. Ponieważ państwo otrzymało mniej podatków, premier wpada na rewolucyjny pomysł: a może by tu jeszcze na czymś zaoszczędzić? Kółeczko zamknięte, brawa dla pana premiera, dziękujemy.

Oszczędności należy wprowadzać w czasie wzrostu gospodarczego, kiedy pieniędzy jest dużo i nie trzeba się martwić o wzrost bezrobocia w związku z ograniczeniem rozmiaru/budżetu sektora publicznego. Wprowadzanie oszczędności w czasie kryzysu skutkuje tym, co się w tej chwili dzieje w Holandii oraz w Grecji (rzecz jasna na zupełnie inną skalę). A ostatni akt tego spektaklu oglądamy właśnie na Cyprze.

Niderlandzki premier Rutte korzysta z kryzysu, aby cynicznie i bezwzględnie wprowadzać liberalne reformy wszędzie, od sektora medycznego, przez emerytalny, do budownictwa. Tyle, że ostatnio wreszcie odwróciły się od niego media. Gazety, do tej pory z lubością straszące kryzysem (nie mamy tutaj takiego chamstwa, jak w Polsce i nie ma co dnia nowych bluzgów w wykonaniu Pawłowicz, Palikota czy Niesiołowskiego) nagle zaczęły pisać o błędach Ruttego. Tyle, że to nie są błędy. To na zimno prowadzona drugą kadencję polityka mająca na celu rozmontowanie tego, co liberałowie postrzegają jako niderlandzki socjalizm.

A tymczasem w Polsce trwa zastanawianie się, co zrobić z emeryturami i wyraźnie widać, że nikt tego nie wie. Wydłużenie wieku emerytalnego jest jakimś tam krokiem, ale tak naprawdę o wiele bardziej pomogłaby plaga, wojna lub nagle wyłaniający się z mroku tłum masowych morderców, którzy upodobali sobie osoby w wieku 55-60. Pojawiają się straszliwe wyliczenia: „Osoba zarabiająca około średniej krajowej (dziś 3710 zł) miałaby dostać przez 10 lat 879 zł, przez 15 lat – 586 zł i przez 20 lat 439 zł.” To przy założeniu, że oszczędzamy przez 40 lat bez przerwy w zatrudnieniu. Osoby, które to wyliczyły, zapewne nie słyszały o umowach śmieciowych.

W Holandii radzą sobie z tym tak, że emerytury zostały ostatnio obniżone. Metodą „zabierzemy panu kasę i co nam pan zrobi” osiągnięto błyskawiczny przyrost notowań Partii Socjalistycznej oraz Partii 50+. Tak naprawdę odebranie emerytur, ograniczenie zasiłków dla osób przewlekle chorych oraz zmienianie zasad finansowania leczenia szpitalnego niewiele się różni od cyprowego podatku od lokat. Jest to okradanie obywateli z czegoś, na co latami pracowali i co im wielokrotnie obiecywano. Tyle, że alternatywą byłby podatek dla najbogatszych, a najbogatszym źle jest się narażać.

Ileż jest artykułów o tym, że prezesi banków zarabiają coraz więcej; że 10 najbogatszych ludzi na ‪świecie mogłoby spłacić długi Afryki 6 razy wyłącznie za pomocą tego, co zarobili w jeden rok; że płaca minimalna 1500 zł to za dużo; etc. Jednocześnie wciska się nam z ohydną hipokryzją brednie typu „życie ludzkie jest najważniejsze”. Otóż nie jest. Gdyby było, ONZ/NATO/Bank Światowy nałożyłyby grupowo podatek 50% na fortuny powyżej, powiedzmy, 200 mln dolarów i rozdzieliły ten podatek pomiędzy państwa afrykańskie, wykorzystały do znalezienia leku na AIDS i raka, a resztą wspomogły fundusze emerytalne. Wymagałoby to jednak tego, żeby ludzie NAPRAWDĘ byli ze sobą solidarni i wierzyli w świętość ludzkiego życia. Niestety, solidarność, socjalizm i niechęć do podatku liniowego gwałtownie spadają, gdy chodzi o MOJE pieniądze i dlatego w świecie nie istnieje świętość życia ludzkiego, tylko świętość pieniędzy handlarzy bronią, piorących kasę na Cyprze.

*

PS. Bardzo dziękuję wszystkim osobom, które udzieliły mi swoich lajków na FB. Wygrałem konkurs, dzięki czemu przez rok Zbrojmistrz i ja będziemy trenować na mojej siłowni razem. Obiecuję pisać ciekawe notki na różne tematy, aby się Wam odwdzięczyć 🙂