W Polsce często obecnie szermuje się słówkiem „normalny” oraz wszelkimi jego odmianami. Dowiadujemy się, co stanowi „normę”, o tym, co jest „normą naturalną” (oraz co nie jest) i tak dalej. Przyjrzyjmy się więc definicji normy i niektórym zjawiskom, które normalne rzekomo nie są.

Według Słownika PWN:

normalność
1. «bycie normalnym, zgodnym z normą»
2. «zdrowie psychiczne i fizyczne»
3. «życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów»

norma
1. «ustalona, ogólnie przyjęta zasada»
2. «ilość, miara, granica przewidziana jako wymagana lub obowiązująca w jakimś zakresie»
3. «ilość pracy wyznaczona do wykonania w określonym czasie»
4. «pełny lub skrócony tytuł dzieła wypisany drobnym drukiem na dolnym marginesie pierwszej kolumny każdego arkusza drukarskiego książki»

Według Encyklopedii PWN:

norma [łac. norma ‘węgielnica (wyznaczająca kąt prosty)’, ‘linia postępowania’, ‘prawidło’], filoz. imperatywy określające właściwy pod względem moralnym (dobry lub słuszny) sposób postępowania;

wyróżnia się n. kategoryczne i hipotetyczne, absolutne i względne, uniwersalne i elementarne, etyczne i teleologiczne, dotyczące siebie samego i innych.

W odpowiedzi na wyszukiwanie „normalność” Encyklopedia zapewniła mnie, że „Brak wyników wyszukiwania, sprobuj ponownie” co wydaje mi się bardzo symboliczne.

*

Jak widać, ciężko normę zdefiniować, bo co to za definicja, że „norma to ustalona, ogólnie przyjęta zasada”. Ustalona przez kogo? Ogólnie przyjęta przez kogo? Przez ogół? Kto to jest ten ogół i czy ja mogę z nim porozmawiać? „Bycie normalnym, zgodnym z normą” też wydaje mi się średnią definicją „normalności”. Znaczy, okrąg to rzecz okrągła, o kształcie okręgu. Na co mi taki słownik?

dictionary.com podaje taką definicję:

norm  
1. a standard, model, or pattern.
2. general level or average: Two cars per family is the norm in most suburban communities.

Average, czyli średnia, wydaje mi się być łatwiejsze do zaakceptowania, niż ustalona, ogólnie przyjęta, ponieważ średnia wyznacza się sama, a „ustalona” może polegać na tym, że Kim Dzong Un usiadł i ustalił. Problem w tym, że zastosowanie określeń „norma” i „normalny” do istot ludzkich generalnie mija się z celem, ponieważ w zależności od ocenianej składowej może nam niechcący wyjść, że wszyscy ludzie na świecie są w pewnym stopniu nienormalni. Wałęsa na przykład ma wąsy — większość ludzi na świecie nie ma wąsów, ergo średnią jest nieposiadanie wąsów, ergo Wałęsa jest nienormalny, gdy mówimy o zaroście na twarzy. Posłanka Pawłowicz na przykład jest niezamężną i niedzieciatą posłanką prawicową gadającą o tym, jaką wartością jest rodzina i dzieci, ergo jest hipokrytką, co wśród prawicy i konserwatystów jest normalne. I tak dalej. Pojęcie „normy” jest tak niekonkretne, że można pod nie podciągnąć wszystko i dumnie obwieścić, że, bo ja wiem, rudzi są nienormalni i należy ich odizolować od normalnej, zdrowej, nierudej tkanki społecznej. (Zbrojmistrz jest rudy i w dzieciństwie dano mu to odczuć.)

Ciężko jest, zauważyłem, mówić o pośle Godsonie, ponieważ prawica szermuje z lubością argumentem, że ktokolwiek się z Godsonem nie zgadza, jest rasistą. Godson tymczasem korzysta z broni nadzwyczaj obosiecznej, mówiąc o normach i normalności. W społeczeństwie polskim jest więcej homoseksualistów niż czarnoskórych; więcej homoseksualistów niż pastorów; więcej par homoseksualnych niż par mieszanorasowych, nawet, jeśli użyjemy dolnej granicy estymowanej procentowo liczby osób homoseksualnych 3%. A jednak wytykanie Godsonowi, że jego kolor skóry nie jest w Polsce normą, to rasizm. I bardzo słusznie, ale dlaczego Godson, który odmawia nam praw do rejestrowania związków, bo homoseksualizm nie jest normą, nie jest piętnowany w ten sam sposób? Bo homofobia w Polsce jest normą, a rasizm już w mniejszym stopniu (chociaż nie polecałbym posłowi wybierania się na mecz, lub samotnych spacerów po ulicach miast wojewódzkich w jesienne wieczory). Ale to poseł Godson wytoczył armatę z napisem „norma”, a nie ja, więc czuję się uprawniony odwrócić ją w jego kierunku i wypalić. Przeglądanie tego, co mają na temat czarnoskórych do powiedzenia „normalni” w Internecie jest zabawą, którą polecam osobom o silnych nerwach (lub rasistom, rzecz jasna). Różnym mniejszościom zdarzają się omsknięcia tego rodzaju, bo i wśród gejów są tacy, którzy chcą wprowadzić podział na „normalnych gejów” i „przegiętych”, a na oko połowa członkostwa ONR i NOP to gejątka, które kręci pewien rodzaj męskości. Czy to czegoś dowodzi? Tylko tego, że bezmyślnym używaniem wyrazu „normalny” można samemu sobie zrobić krzywdę. Bo jak już przyjdą normalni łysi zaorać, to możliwe, że nie będą się przejmować tym, czy poseł niewłaściwego koloru był po ich stronie, kiedy rozmowa dotyczyła homoseksualistów.

*

„Wypaczeniem od normy jest, kiedy nagle mężczyzna do mężczyzny pała namiętnością. To nie jest naturalne – powiedział John Godson”

Zostawmy w spokoju wyraz „nagle” i zajmijmy się słowem „naturalne”. Naturalne, znaczy, w zgodzie z naturą, jak rozumiem. Prawo naturalne, siły natury, Matka Natura, etc.

Link do strony wikipedii nt. zachowań homoseksualnych wśród zwierząt: po polsku i po angielsku. Naprawdę nie chce mi się pisać na ten temat, ale wspomnę krótko, że homoseksualizm popularny jest wśród ptaków, ssaków, insektów, gadów, zdarza się psom, sępom, lwom, owcom, słoniom, pingwinom, muszkom owocówkom, małpkom bonobo (ach, co się nie przydarza małpkom bonobo…) i jeśli coś w ogóle można uznać za naturalne, to homoseksualizm. Dziękujemy, niedostateczny dla posła Godsona ze znajomości praw natury, proszę zostać po lekcji.

Teraz kilka rzeczy nienaturalnych.

Nienaturalne są okulary. Nie ma w naturze zwierząt, które korzystałyby z form wspomagania wzroku, jeśli zwierzę ma problem ze wzrokiem, najprawdopodobniej nie żyje za długo, gdyż zostaje spożyte przez wroga, którego nie dostrzegło.

Nienaturalne jest palenie tytoniu. Nie ma w naturze zwierząt, które rozpalałyby sobie ogienek w kupce ziół i z lubością wdychały produkowany dymek.

Nienaturalne jest, że ktoś znajduje się w Gdańsku, a widać go w Warszawie, co pozwala wnioskować, że poseł Godson odrzuca telewizję, radio, transmisje internetowe, telefony komórkowe i nie korzysta z żadnej z tych rzeczy, jako osoba brzydząca się rzeczami nienaturalnymi.

Nienaturalna jest medycyna, w szczególności gałęzie medycyny zajmujące się noworodkami i osobami starszymi. Natura tak wymyśliła, że jeśli dziecko rodzi się chore, zdeformowane lub z genetycznymi wadami, nie powinno przeżyć, żeby tych wad nie przekazywać. (Proszę mi nie zarzucać okrucieństwa albo chęci dokonywania aborcji postnatalnej, co ja poradzę, że natura tak już ma.) Inkubatory, antybiotyki, przeszczepy, kroplówki, środki przeciwbólowe, paracetamol, to wszystko są rzeczy nienaturalne.

Nienaturalne jest noszenie ubrań, pieluszki, samochody, odtwarzacze MP3, filmy na dowolnym nośniku, sztuka druku, ba — posunę się do stwierdzenia, że nienaturalne jest używanie ognia, bo zwierzęta od ognia głównie uciekają, albo w nim giną. Nienaturalne jest noszenie butów ze skóry, ale nienaturalne były już przepaski biodrowe, więc ludzkość ma długą historię zachowań nienaturalnych.

W komputerach z rzeczy naturalnych wymienić mogę chyba tylko tapetki ze zbliżeniami na biedronki w Mac OS i wodospadem w Windows. Chyba, że ktoś jest hipsterem i ma organiczny pokrowiec na iPada zrobiony z krowiego łajna, wtedy jego iPad jest bardziej naturalny.

Nienaturalne jest posiadanie niewidzialnych przyjaciół, oddawanie im hołdu i uzależnianie od wyssanych z palca odpowiedzi na zadane im pytania tego, czy inna istota ludzka ma prawo kochać, czy nie.

Szanowni czytelnicy i szanowne czytelniczki,

dwie informacje:

1. Założyłem stronę na FB dla Miłości Po 30. Będę tam wrzucać krótkie informacje, linki, cudze artykuły, informacje o postach na blogasku oraz odbierać wiadomości — jeśli ktoś się chce ze mną skontaktować, zapraszam na tęże stronę. Link na razie jest potwornie długi, ale kiedy będzie 25 fanów, link się skróci. Iii dziękujemy pierwszym 25 osobom, link już skrócony 🙂

2. Skoro już o FB, czy mogę poprosić o żebrolajka dla tego zdjęcia? Mam otóż 500 zaproszeń na konklawe, które z powodu braku ofoliowania nie mogą… nie, w rzeczywistości chcę wygrać rok darmowego wstępu na siłownię 🙂 Proszę tylko o kliknięcie w link i like’a dla fotki. (Zaręczam, że fotka jest tego warta.)

To wszystko na dziś, dziękuję i polecam się na przyszłość.

Jakiś czas temu w komentarzach pewna czytelniczka przypomniała mi o moim pierwszym blogu o depresji.

Moja depresja zamanifestowała się po raz pierwszy w roku, zdaje się, 2004. Zdaje się, ponieważ mój główny antydepresant niestety popsuł mi pamięć długotrwałą i daty stanowią dla mnie zagadkę. Ale stary blogasek twierdzi, że 2004, a komuż innemu mam wierzyć. Że się zacytuję:

W ciągu dwóch miesięcy przeżyłem zerwanie z chłopakiem, który przestał mnie kochać, zaś ja jego nie; wyprowadzkę przyjaciółki; śmierć babci. Mniej więcej w tym czasie też zmieniałem pracę, co nie było smutne, ale za to stresujące i być może miało jakiś wpływ, a być może nie. W każdym razie były to pierwsze miesiące roku 2004 i jednocześnie pierwszy z najgorszych okresów mojego życia; pierwszy raz, kiedy w myśli najpierw, a potem na jawie użyłem wyrazu „depresja”.

Nie wszystko pamiętam, ale to akurat bardzo dobrze: czułem smutek tak potworny, tak głęboki, że kojarzył mi się z powolnym pożeraniem własnego ogona. Ból, jaki czułem, kiedy miałem złamany obojczyk, czy też po pięciu godzinach tatuowania w ogóle nie da się z tym porównać, chociażby dlatego, że po jakimś czasie wygasa; chociażby wieczorem, kiedy kładłem się spać, dawało się ułożyć w takiej pozycji, że prawie nic nie bolało. Ten ból trwał bez przerw i ani trochę nie robił się lżejszy. Teraz już wiem, że smutek trwający ponad trzy tygodnie jest już wskazaniem, aby wybrać się do lekarza. Wtedy nie wiedziałem.

Zacząłem myśleć o samobójstwie. Ta myśl, paradoksalnie, podtrzymywała mnie na duchu: leżałem w łóżku z szeroko otwartymi oczami i myślałem, patrząc w sufit: do balkonu mam może dziesięć kroków, a w ogóle to i tutaj mam okno, które mogę otworzyć, szóste piętro, powinno wystarczyć… Myśli samobójcze powoli opanowywały mój mózg (tak, wiem, jak dramatycznie to brzmi). Zaczęły mi towarzyszyć nie tylko przed uśnięciem (które następowało coraz później), ale też tuż po obudzeniu, podczas posiłków, w toalecie i przy pracy.

Długi cytat, ale przydatny, żeby zrozumieć, jak się wtedy czułem. Nie przychodziło mi w ogóle do głowy, że może dla mnie istnieć jakakolwiek nadzieja. Że to może być choroba, i co więcej, że coś z nią można w ogóle zrobić. Że może mieć więcej powodów, niż tylko bezpośrednio identyfikowalne trzy, które wymieniłem na początku — na przykład, że te powody mogą być związane z moim dzieciństwem, latami tortur szkolnych, faktem, że mój ojciec nie był zainteresowany poznaniem własnego dziecka. Depresja była wtedy w szczycie rozwoju i na etapie, na którym nie daje się funkcjonować. Godzinami leżałem na podłodze, myśląc tylko o tym, jak bardzo gównianym człowiekiem — człowiekiem? szmatą, strzępem — jestem. Podlewając depresję, hodując i pieszcząc, bo tymi myślami się właśnie żywiła. I w jakiś sposób było mi z tym bardzo dobrze. Bo wreszcie znalazłem dla siebie tożsamość. Tożsamość Nieszczęśliwego Biedactwa.

Na starym blogasku wspominam:

Poznałem pierwszą w moim życiu osobę, która również była chora na depresję: F. To jej powiedziałem jako pierwszej, jak się czuję i po raz pierwszy odczułem zrozumienie. F. nie wierzyła w skuteczność leczenia, co było dla mnie powodem, żeby nawet nie próbować szukać pomocy lekarza. Zresztą po co? Przecież wystarczy wziąć się w garść, a skoro F. i ja tego nie potrafimy, to pewnie jesteśmy po prostu bardzo słabi, żałośnie słabi, tak słabi, że nie zasługujemy na życie.

Gdybym wtedy poznał inną F., taką, jaką jest dzisiaj, byłoby inaczej. A może nie? Depresję można potraktować jak alkoholizm. Alkoholik nie jest na ogół szczęśliwy z faktem, że pije. Jest świadom na jakimś tam poziomie, że nie jest dobrze, ale znajduje usprawiedliwienia: przecież szefowa się skrzywiła, przecież żona powiedziała „nie pij Stasiu” — znaczy zdradza, przecież kot parsknął. Przecież jest ładna pogoda, trzeba za to wypić. Przecież nie piłem wczoraj. Jutro nie wypiję. Tylko jedno piwo, góra dwa. No, trzy. I nie będzie mi byle kto mówić, że mam problem! Wyleczony alkoholik, który się zarzeka, że jemu 12 kroków pomogło nie wie, jak potworne jest moje życie, jak podła żona i wredny kot! Niech oni wszyscy się ode mnie odpierdolą, bo ja nie mam żadnego problemu, za co wypiję teraz flaszkie ze Stefanem.

Depresja wciąga podobnie. Zaczynamy od „jest mi smutno”. Potem nadchodzi „jest mi okropnie”. Potem nadchodzi „nie mogę wstać”. Mało jest osób, które NAPRAWDĘ nie mają dostępu do informacji o depresji, do pomocy lekarskiej, do terapii; które nigdy nie napotkały na swojej drodze jakiegoś artykułu w Super Ekspresie o tym, że „celebrytka Ania Pipsztycka cierpi na depresję, wewnątrz numeru galeria zdjęć”. Ale depresja jest znajomym bajorem z brudną wodą. Na zewnątrz bajora jest strasznie. Tutaj śmierdzi kupą, jest brunatno i zimno, ale ZNAM ten smród i ten mrożący chłód. A za rogiem może się czaić… coś innego. I nieważne, co to jest i jak wiele osób do mnie woła „hej, Ray, chodź do nas, tutaj jest plaża, słońce świeci i rozdają darmowe drinki z parasolką”. Oni mogą kłamać. Albo ja się zgubię po drodze. A w ogóle nie lubię plaży. Zostawcie mnie w bajorze. Nigdzie nie idę. Terapia mi nie pomoże, leki mi nie pomogą, nic mi nie pomoże. Tu zostaję i nie mam żadnego problemu, oprócz tego drobiazgu, że świat jest podły, ludzie mnie nie rozumieją, kot parska, a pogoda jest za ładna i to z jej strony bardzo niemiłe.

F. i ja utwierdzaliśmy się nawzajem w przekonaniu, że poza bajorem nic nie ma. Aż któreś z nas poszukało w końcu pomocy. Nie pamiętam, które. I zaczęło się… trzeźwienie. Odnajdywanie życia wolnego od bajora. Od bajora, które kusiło za każdym razem, gdy życie robiło coś, co życie potrafi zrobić. Gdy pojawiał się nadmiar stresu, nadmiar pracy, w końcu wypalenie. Powtarzanie tych samych zachowań, które wyniosłem z dzieciństwa, tyle, że w nieco innej formie. Znajdowanie podświadomie sposobów, żeby odtworzyć wzorce niby to wyplenione dwoma latami terapii; powodów, żeby móc skręcić w stronę, z której kusi znajomy zapaszek. Żebym musiał wylądować w bajorze. Bo przecież jest tak źle i świat jest taki podły, ludzie okropni i głupi, że biedna ofiara Ray musi być nieszczęśliwa. „Co u Ciebie?” — „A nawet nie pytaj, pies obsikał moje diamenty, drzewo spadło na Mercedesa, a nagrodzony złotym medalem kanarek zeżarł kanapkę z masłem orzechowym i nie mam lunchu”. Dwa lata terapii nauczyły mnie identyfikować własne zachowania tego typu i dusić je w zarodku, a i tak udało mi się wrócić w depresję w 2011 roku, ponieważ mając świadomość, że moja praca i mój szef doprowadzają mnie do załamania nerwowego pozostałem w tej sytuacji. Bo to bajoro było znajome. Owszem, było to bajoro większe, niż to z 2004 roku. Śmierdziało końskim nawozem, a nie krowim, a nad wodą rosły nawet pokrzywione roślinki. Kto by opuszczał tak zajebistą miejscówę?

Kolejny nawrót depresji w lipcu 2012 zaskoczył mnie, bo tym razem NAPRAWDĘ go nie rozumiałem. Nie było negatywnych myśli. Natężając się, ciągle nie czułem dziwnych zapachów z bajora zostawionego, zdawałoby się, daleko za mną. Jak się okazało, jeśli nie cierpi się na depresję, tylko chorobę dwubiegunową, takie rzeczy mogą się przydarzać same z siebie. Ale moją reakcją w październiku, po diagnozie, był sprint do bajora. Wracamy do znajomego i to PRĘDKO!!! Mój smrodek!!! Mój ukochany!!! Nic innego nie może mi pomóc!!!

Pięć miesięcy minęło od diagnozy, a ja zajmuję się nauką nowego życia. Wiem już, jak się kończy niespanie po nocach (skokami nastroju), spanie 10 godzin (depresją), wypicie więcej, niż dwóch piw (depresją), niechodzenie na siłownię (depresją), picie kawy (brakiem snu), nieudana próba zrobienia zamówienia dla klientki, o której nieuczciwości mnie ostrzegano (myślami samobójczymi). Wiedząc te rzeczy nie mam wymówki, żeby móc je powtarzać. Wiem też, że bajorko czyha. Smrodek kusi. Znany mój odór kochany. A przede mną nowe wyzwanie: zwalczyć tę pokusę, unikając walki zbyt intensywnej, mogącej mnie wtrącić do bajorka okrężną drogą. Robienie zleceń — to już wiem — chwilowo odpada. Kuźnia — to już wiem — pomaga. Jednego nie zrobię na pewno; nie poddam się z własnej woli. Bo od 2005, kiedy użalałem się nad tym, jaki jestem biedniusi w moim bajorku i jakie to okropne, że świat nie przyjeżdża ze spychaczem i koparką budować plażę w miejscu, w którym ja leżę, tylko złośliwie wybudował ją 500 metrów dalej, minęło dużo czasu. Nową diagnozę dostałem w październiku, poużalałem się trochę, a teraz wystarczy. Idę się poopalać.

Lech Wałęsa opublikował listy z wyrazami poparcia dla swojej wypowiedzi o posłach-homoseksualistach, którzy powinni zasiadać w tylnej ławie, lub zgoła za murem. „Również jestem zdania, że pedały i lesbijki to ludzie chorzy na własne życzenie. To zboczeńcy, niech sobie spokojnie żyją, a nie domagają się publicznego okazywania dewiacji. Oni uważają, że bycie pedałem lub lesbijką to zaszczyt i szczycą się tym coraz bardziej. Jak widzę całujących się pedałów czy lesbijki, to już czuję obrzydzenie.” Wystarczy jeden głos poparcia? Jeśli nie, więcej tutaj.

Trójka w ramach audycji Kuby Strzyczkowskiego sondowała dzisiaj uczucia słuchaczy w związku z wypowiedzią noblisty. Pytanie, jakie zadała państwowa rozgłośnia, brzmiało: „Czy przeszkadzają ci homoseksualiści w życiu publicznym?” Pani Grażyna Mędrzyńska-Gęsicka z Trójki odpisała na mojego maila i stwierdziła, że temat został poruszony, bo jest aktualny, a czy Trójka zapytałaby tak samo o przeszkadzających czarnoskórych lub Żydów, trudno jej odpowiedzieć. Natomiast celem audycji jest pokazanie, że każda sprawa musi być naświetlona z obu punktów widzenia i danie obu stronom prawa do wypowiedzi. Dlatego na przykład regularnie organizuje się w Trójce dyskusje pt. „Czy holocaust to ściema”, „Żydzi rozkradli polski majątek” lub „Szatan w sercach naszych dzieci”, gdzie wypowiadają się obie strony. Nie? Nie organizuje się? Homoseksualiści są wyjątkowi? A to przepraszam.

W sondzie Trójki wygrała opcja „przeszkadzają”. Niezliczonych komentarzy na Facebooku czy Onecie nie muszę, jak sądzę, cytować, sami sobie je czytajcie. Trójka nie odpowiedziała na pytanie, co zrobić z przeszkadzającymi homoseksualistami. Wałęsa trzymałby ich za murem i na przedmieściach, to wiemy. A 64% słuchaczy pana Kuby? Lata całe temu słuchałem w Trójce audycji (tej samej?) do której zadzwonił słuchacz i skarżył się, że nie może pobić pedała na ulicy, bo kara taka sama, jak za normalnego człowieka. W tym samym tygodniu Wprost straszył z okładki zdjęciem wyjątkowo brzydkich transwestytów z Berlina, informując, że tak wyglądają geje i że ci geje będą nam Polakom dzieci uczyć. Powiedziałem uczyć? Miałem na myśli molestować, literówka. Było to w czasach, gdy Giertych był ministrem edukacji, a LPR sugerował stworzenie „obozów reedukacyjnych” dla homoseksualistów.

Co jeszcze się ostatnio wydarzyło? Raczej: co się nie wydarzyło. Tusk nie odwołał Gowina. Czy to kogoś zaskakuje? Tusk ostatnio dużo i ładnie mówi, chwali mu się, jeszcze żaden premier tak ładnie o pedałach nie mówił. A co Tusk robi? Tu już mniej widzę zasług. Wałęsa nie umie mówić tak ładnie, jak Tusk, Wałęsa nie ma nic do ugrania i elektoratu, do którego mógłby się zwracać. Wałęsa mówi to, co myśli. A 64% Polaków się z nim zgadza. Geje, lesbijki (mniej znane Polakom), biseksualiści (co?), transseksualiści (Ann Grodzki) — pogódźcie się z rzeczywistością. Nie chcemy was w swoim kraju, mówią Wam Polacy. Bo przecież nie macie chyba złudzeń, że jesteście Polakami. Mieszkacie w Polsce, to prawda. Płacicie tu podatki. (Haha, ale głupie te pedały.) Ale bądźmy szczerzy — tu nie jest wasze miejsce. Tu jest Polska, i jak powiedział noblista, „te mniejszości są groźne, te mniejszości zagrażają większości, afiszują się i chcą narzucić większości swoje prawa. Ja się z tym nie zgadzam jako demokrata”. 

Czy to można wyrazić prościej? Powiedział wam noblista, powiedział wam premier, powiedzieli wam Gowin i Godson, który was ostatnio znowu porównał do pedofili, powiedziała wam posłanka Pawłowicz, powiedziały wam Trójka, Fronda i komentatorzy Onetu, powiedział Niesiołowski (ileż razy…), powiedzieli „Słuchacz z Mazur” i „Rafał Jaxxxxxxxxx”, powiedziała matka, której się boicie wyautować i ojciec, który wyzywa od pedałów Cristiano Ronaldo, powiedzieli wam księża, wierni, biskupi i TV Trwam, powiedział wam Leszek Miller, powiedzieli wam Polacy w sondażu, gdzie związków partnerskich chcą, ale nie dla pedałów, powiedział wam sam Jezus: „Kochaj bliźniego swego heteroseksualnego”. Czy wy wreszcie zrozumiecie? To nie jest wasz kraj. This is not your country. WYPIERDALAĆ.