013Rzuciłem okiem na posty i wygląda na to, że nie pisałem o tym, dlaczego akurat kowalstwo, a nie rzeźba w ziarnach ryżu, szydełkowanie lub gotowanie na parze. Jeśli mylę się i jednak o tym pisałem, zaznaczcie sobie notkę jako przeczytaną i udajcie się gdzie indziej 🙂

Kowalstwo nie było nigdy moim marzeniem. Może dlatego, że nigdy nie postrzegałem tego jako kariery możliwej w rzeczywistości. Nikt przecież nie zostaje kowalem w XXI wieku. W XXI wieku zostaje się programistą lub specjalistą od sołszjal medja. Ewentualnie menedżerem, prawnikiem, bankowcem, może lekarzem. Pozostałe zawody są zawodami ginącymi. Przyszłość ma wyłącznie praca z komputerem.

Pomyliliśmy się — my, świat — w skali makro. Otóż przyszedł wolny rynek i wyrównał. W roli wolnego rynku wystąpiły Napster, Astalavista, darmowe informacje w portalach informacyjnych oraz torrenty. W ten oto sposób wolny rynek wyrżnął 3/4 przemysłu muzycznego, 9/10 dziennikarstwa, niemal całą branżę porno, a w następnej kolejności wyrżnie wysokobudżetowe seriale i filmy. Oczywiście super jest oglądać „Grę o tron” z torrentu bez kupowania abonamentu HBO, ale HBO nie kręci tego serialu i wszystkich innych z dobrego serca, tylko dla pieniędzy. W skali mikro natomiast nie spodziewałem się, że przydarzy mi się wypalenie zawodowe i będę musiał wymyślić inny zawód, niż jedyny, jaki w życiu wykonywałem.

Pani psycholożka od outplacementu wyznaczyła mi kilka zadań, w tym wypisanie 15 power moments — chwil w moim życiu, kiedy czułem się najlepiej. Zawodowo i niezawodowo. No i wypisałem różne rzeczy, z których wyszło mi między innymi, że wolę sam zapracować na swój wynik, niż żeby składał się na niego wkład x osób. Lubię być odpowiedzialny za to, co powstaje w efekcie, innymi słowy. Lubię pracować rękami, chociaż nie bardzo umiem. Koniecznie muszę wykonywać zawód twórczy, nic innego nie wchodzi w grę (a w szczególności nie management). No i kocham ogień, co napisałem niejako ze wstydem i przeprosiłem panią psycholożkę, a ona mnie lekko opieprzyła za przepraszanie.

Zanim zdążyliśmy wyciągnąć z tego jakieś wnioski, ja już się zdążyłem wybrać na warsztat kowalstwa u Svena. Do tej pory wspominam to jako jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Może też najciężej przepracowanych. Dopiero po tym dniu dopuściłem nieśmiało myśl, że kowalem można po prostu być, że to może być sposób na życie. Musiałem ją dopuścić, bo poznałem Svena — zawodowego kowala lat 31 z kuźnią na parterze, mieszkaniem na piętrze, kolekcją winyli, gramofonami DJskimi, młotem pneumatycznym imieniem Smurf i magnesem „Normal people scare me” na lodówce. Po powrocie z warsztatu musiałem się w zasadzie tylko upewnić, że to nie jest kolejny z moich wystrzałowych pomysłów typu „chcę gitarę elektryczną! eee, do dupy z tą gitarą! ała, wyjmijcie mi gitarę!”, ale od pierwszego kopa czułem, że to jest TO.

Pani psycholożka niepewnie próbowała sugerować, żebym może wymyślił coś jeszcze, a nie wybierał pierwsze, co mi wpadnie do głowy, ale dość szybko połapała się o sile mojego uzależnienia i zaniechała oporów. To, że napędzał mnie bipolar, pozostało niezauważone, ale wcale tego nie żałuję. Dzięki temu napędowi udało mi się nawiązać znajomość z paroma kowalami, w tym uroczym anarchistą, z którym pracuję do dziś; wybrać się na kurs w Polsce; zdobyć całe doświadczenie, jakie zdobyłem do tej pory; a przy okazji poderwać Zbrojmistrza, bo spotkaliśmy się również w związku z kowalstwem.

Moje zmagania ze samym sobą, depresją i innymi rzeczami powodują, że cel mojego istnienia generalnie ewoluuje. Zawsze cierpiałem na przykrą chorobę, jaką jest perfekcjonizm, tak naprawdę dopiero ostatnio trochę sobie odpuszczam, a i to zgrzytając zębami. Ciężko mi odpuścić „bycie najlepszym kowalem na świecie, a przynajmniej w Europie”. Aktualnie, po kolejnym fantastycznym dniu w kuźni, mam cel prosty: być kowalem szczęśliwym. Sądząc po tym, jak się czuję dzięki tej pracy, jeśli tylko dane będzie nadal ją wykonywać, szczęście samo się pojawi.

Wpis zainspirowany tym oto listem czytelnika do gazety.pl. Pozdrowienia dla czytelnika od mgra inża matematyki nigdy do niczego niestosowanej 🙂

Byłem ofiarą szkolnej przemocy.

Ciężko się wraca we wspomnieniach do tego etapu życia. A przecież ponad 20 lat temu to było. Nadal nie bardzo umiem o tym mówić.

Czytelniczka gazety nadesłała list:

Z moich wspomnień i opowieści rodziny, byłam wszechstronnym, otwartym, pogodnym i ciekawym świata dzieckiem. Nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Jednak moją naczelną winą było to, że od wczesnego dzieciństwa byłam gruba. Z radosnego podwórkowego dzieciństwa jako krągły dzieciak poszłam do podstawówki. Nie rozumiałam, gdy nagle zupełnie obce dzieci wyzywały mnie zawzięcie „gruba”, „gruba świnia”, „sumo” – na przerwie, w klasie, na WF-ie, na podwórku i podczas powrotu ze szkoły.

Nagle okazało się, że wszystko czego dotykam jest zakażone, że siedzenie ze mną w ławce to najgorsza możliwa hańba, że zawsze zostaję na końcu podczas wybierania do zespołów na WF-ie, że wreszcie nie mam imienia – bo powszechnie woła się na mnie „gruba” lub „świnia”.

Doskonale pamiętam te same przeżycia. Byłem jako dzieciak leczony hormonalnie, a leczenie spowodowało niekontrolowane tycie. Organizm zatrzymywał wodę, ale nikt mi tego nie wytłumaczył, ani nie powiedział, jak sobie radzić. Toteż radziłem sobie tak, że nie jadłem. W szkole nie jadłem obiadu, w domu mówiłem, że jadłem już w szkole. A jednocześnie miałem dwie babcie, zajmujące się dokarmianiem. Babcie — że tak delikatnie powiem — nie gotowały zdrowo, za to bardzo smacznie. Dużo gęstych sosów, tłustych miąs, te klimaty. Opierałem się, ale słabo, bo i skąd miałem mieć siłę.

Do każdej gry w piłkę wybierano mnie jako ostatniego. Czasami, gdy jeden z moich „kolegów” miał wyjątkowo dobry humor, przedostatniego. Stawałem na bramce i mrużyłem oczy, żeby przez okulary wypatrzeć podczas mżawki gdzie znajduje się piłka. Piłki, w ogóle, się bałem. Bałem się spotkań z „kolegami” w korytarzu szkoły. Bałem się, że naczelny szkolny oprawca poczuje chęć skopania mnie, a tak sobie, bo akurat dawno nikogo nie skopał.

W klasie panowała wyraźna hierarchia dziobania. Na samej górze samiec alfa, najlepszy w piłce i najlepiej zbudowany bydlak, który mógł bić wszystkich. Potem jego klika pomagierów, drani podobnego rodzaju, ale wyraźnie bardziej spłoszonych, którzy mogli bić wszystkich oprócz samca alfa. Potem osoby starające się nie stawać po żadnej stronie, potem ofiary kalibru mniejszego i na końcu ja. Grubasek w okularach. Jedyny taki w klasie. Wystraszony dzieciak, którego wielką winą była inteligencja. Dzieciak, któremu nauka wszystkiego przychodziła z wielką łatwością. Nie mogłem być popularny, prawda? Może dlatego tak strasznie wkurwia mnie zakazywanie adopcji parom jednopłciowym „bo dzieci są okrutne i zamęczą”. Nie byłem dzieckiem pary jednopłciowej. Jeśli dzieci mają ochotę kogoś zamęczyć, zrobią to dla czystej podłej przyjemności.

Moja nauka w podstawówce zakończyła się uroczystym rozdaniem świadectw na koniec roku. Wszystkie ósme klasy oklaskiwały kolejnych uczniów, aż nadeszła moja kolej. Pani dyrektor wyczytała moje nazwisko i… zaklaskały nieśmiało dwie osoby, po czym przestały. W ciszy, na gnących się nogach, szedłem odebrać świadectwo. „Może już nie klaskajmy po każdej osobie”, zawołała do mikrofonu pani dyrektor, usiłująca ratować sytuację. Nie pamiętam, co było dalej.

W liceum nie miałem niezwykle zgranej klasy, ale dokonałem wielkiego odkrycia: otóż można chodzić do szkoły i klasa w tejże nie musi się składać WYŁĄCZNIE z osób, które się nienawidzą. Można się — escandalo — tolerować, nieco nawet lubić, czasem spotkać po szkole dla przyjemności. Może nie z każdym. Ale z niektórymi. Może nawet być tak, że w klasie nie ma samca alfa, który leje wszystkich! To było dla mnie ogromne naprawdę odkrycie i być może uratowało mnie od tego, co przydarzyło się cytowanej czytelniczce. „Tuż po maturze wylądowałam w psychiatryku z ciężką depresją i nerwicą, przez te choroby zarwałam rok, nigdy też nie poszłam na studia. […] Pomimo bycia dorosłą osobą wciąż czuję się tamtą grubą ofiarą; zbyt brzydką i zbyt beznadziejną, by cokolwiek osiągnąć, by kogokolwiek sobą zainteresować.”

Jednego z moich prześladowców spotkałem jakieś 10 lat później. Spotkanie nastąpiło w interesujących okolicznościach. Wracałem akurat z przyjaciółką z zakupów w Galerii Mokotów, byliśmy obładowani fajnym drogim żarciem i ciuchami, wybieraliśmy się do niej robić sałatkę i oglądać filmy z Julią Roberts. Zaczepił nas żul i poprosił o papierosa. Żadne z nas nie paliło. Żul nas zostawił, a przyjaciółka spytała: „Poznałeś go?” Był to jeden z pomagierów samca alfa, chłopak, który bez przywódcy zapewne byłby do zniesienia.

Od tych wydarzeń minęło ponad 10 lat. Era Facebooka, przeglądam konta oprawców. Te same dzieci, które w normalnym świecie powinny być przegrane, całkowicie skreślone za swoje zachowanie względem innych, ciągane z rodzicami po pedagogach za prześladowania innych, nigdy nie poniosły żadnych konsekwencji. Dzięki dobrym wynikom w nauce i uczeniu się w prywatnej, opłaconej szkole były nie do ruszenia; zbierając laury edukacji, zamieniły się dziś w dorosłych ludzi sukcesu. Elitarne licea, skończone dobre, państwowe studia; ciekawe życie, setki znajomych, wspaniałe zdjęcia, podróże, elokwentne komentarze.

Ja mam inne doświadczenia, jak widać już chociażby z powyższej anegdotki. Samca alfa znalazłem właśnie na Facebooku, umawiają się właśnie z jednym z pomagierów na spotkanie. Nie wiem, czy jest człowiekiem sukcesu, bo większość jego konta jest niewidoczna dla nieznajomych. Wiem jedno. Ten przystojny, umięśniony, czarnowłosy koleś o budowie rugbysty aktualnie jest łysiejącym grubaskiem podobnym konkretnie do nikogo, odgrywającym w moim życiu rolę dokładnie zerową. To, co mówiono mi kiedyś, dawno temu, jest prawdą: it gets better. Co nie zmienia faktu, że życzę mu serdecznie, żeby mieszkał pod mostem, pił jabole i jadł surowe szczury. Ale czy chciałbym, żeby jego dzieci były dręczone w szkole? Nie. Jego dzieci nic mi nie zrobiły takiego, żeby im życzyć podobnych tortur.

Przeoczyłem, rzecz jasna, wczoraj to było.

Depresja ostatnio naprawdę modna, Onet o niej pisze, Super Ekspres jak mi doniesiono takoż, nawet chyba To i Owo czy inny Tele Tydzień. Depresję miewają tak sławne gwiazdy jak Druga Wokalistka Z Chórków Dody czy nawet Aktor Trzeciego Planu Z M Jak Miłość. Ta popularna wśród celebrytów choroba niekiedy zdaje się dotykać również osób nieznanych nam z pierwszych stron poważnej prasy (serwis plotek.pl) i wtedy nie wiadomo, co zrobić. Lecz! Oto wywiad na poziomie, przeprowadzony przez panią Karolinę Głowacką z panią Anetą Bartnicką-Michalską. Kiedy mówię na poziomie, mam na myśli, że na niewysokim, niestety.

Nie chce mi się cytować całego wywiadu, bo musiałbym wrzucać kolejne paragrafy i dodawać „jezu, jezu (nieczyt.)”. Pytania pani Głowackiej napisała zapewne córka, która ma już osiem lat i jest jak na swój wiek bardzo inteligentna. (No dobra, zacytuję kilka. „Depresja jest zaraźliwa?”, „Z chorym na depresję mam się obchodzić jak z jajkiem? Czy przeciwnie – „potrząsnąć” nim?”, „Depresja jest chyba jedyną chorobą psychiczną, która przestała być wstydliwa. Bywa nawet modna…”) Odpowiedzi generalnie mają więcej sensu niż pytania, ale niewiele więcej. Ale największy problem mam z pytaniem o jajko.

Z chorym na depresję mam się obchodzić jak z jajkiem? Czy przeciwnie – „potrząsnąć” nim?

To zależy. Zdarzają się osoby, które nie są w stanie wstać z łóżka nie z powodu lenistwa, tylko dlatego, że organizm odmawia posłuszeństwa. W takich sytuacjach mobilizowanie przez wzbudzanie poczucia winy może tylko zaszkodzić.

Jeżeli jednak dana osoba podjęła leczenie, bierze leki bądź uczestniczy w procesie terapeutycznym, a więc jest pod opieką specjalisty, nie ma powodu, by obchodzić się z nią jak z jajkiem. Czasem chory zauważa, że depresja daje mnóstwo profitów. Może sobie odpuścić wiele obowiązków, usprawiedliwiając się krótko: „Mam depresję”. Takie zachowanie w żadnym razie nie sprzyja wyzdrowieniu i nie ma powodu, by je wzmacniać.

No więc tak, ale nie.

Pytano mnie na blogu jakiś czas temu, co zrobić z osobą, która cały dzień siedzi w domu i nie ma czasu pozmywać, bo ma depresję i ogląda telewizję. No więc czasami taka osoba ma depresję i nie tyle nie ma czasu pozmywać, co wstanie z kanapy przerasta jej możliwości. Czasami taka osoba zaś ma assholozę i wtedy rzeczywiście należy jej porządnie nakopać do dupy. Tyle tylko, że to NIE jest takie proste, jak „jeśli osoba się nie leczy, to trzeba chuchać i dmuchać, a jeśli podjęła leczenie, to już nie” i pani Aneta powinna się wstydzić, że coś takiego powiedziała. Zaś jeśli nie powiedziała i tak jej ładnie zredagowano wywiad, powinna zażądać zmiany tekstu i publikacji nowej wersji.

Wytłumaczę krótko, dlaczego wypowiedź pani Anety jest bessęsu. Po pierwsze, leki nie działają od razu, tylko po kilku tygodniach. Po drugie, przez te kilka tygodni jest gorzej. Po trzecie, czasami nawet po miesiącu okazuje się, że leki nie działają wcale, bo są źle dobrane. Po czwarte, czasami osoba, która leży w łóżku cały dzień odwrócona twarzą do ściany też potrzebuje, żeby ją z tego łóżka wyciągnąć, a nie zostawić w spokoju i dać się marynować. Pani Aneta powinna moim zdaniem zwrócić uwagę ośmioletniej autorce pytania, że istnieje jakiś środek pomiędzy „obchodzeniem się jak z jajkiem” i „potrząsaniem”. Naprawdę, istnieje, jak bum cyk cyk, pani Karolino.

Nie wydaje mi się też, że się czepiam przesadnie. Owszem, niby nie ma obowiązku mieć specjalistycznej wiedzy na temat depresji, ale artykuły na poziomie podstawówki naprawdę pojawiły się już wszędzie gdzie się dało. Tymczasem w rozmowie tok.fm z panią Bartnicką-Michalską ani razu nie pada informacja, JAK się tę depresję leczy. Nie pada słowo „psychiatra”. Wspomniane są leki, a nawet „poważne leki”, ale nie mówi się, co to za leki, skąd je wziąć i jakich skutków ubocznych można się spodziewać. Dowiadujemy się za to, że „Użalanie się nad sobą, jak najbardziej może wzmacniać tendencję do wydelikacania się. […]  jeśli nasz smutek jest spowodowany tym, że koleżanka na nas krzywo spojrzała, że znowu jest zima; że nie mogę odkopać samochodu spod śniegu i w związku z tym świat jest przeciwko mnie, a sąsiadka kupiła takie same buty… no to, umówmy się – to niekoniecznie jest depresja.” No więc pani Aneto, mam dla pani exklusivnego njusa: otóż czasami depresja właśnie na tym polega, że jest nam zajebiście źle, ale nie mamy ku temu powodu. Gorzej — fakt, że mamy ją bez powodu, powoduje, że zadręczamy się swoją beznadziejnością i wpadamy w depresję głębiej!

Wywiad mniej by mnie zadziwił, gdyby nie medium, które go firmuje. Nie jest nim bowiem pismo „Twoja Kuchnia”, „Wieś Codzienna” ani „Ja, Ogrodnik”. Jest to tok.fm, radio rzekomo dla inteligentnych słuchaczy, portal opinii, Zbigniew Bauman na głównej. Być może problem leży w tym, że pani Aneta to „psycholog i psychoterapeuta Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie” — tak samo, jak znana nam Zofia Milska-Wrzosińska? Nie umiem ocenić. Ale wywiad umiem ocenić. Mierny z plusem dla pani Anety, mierny z minusem dla pani Karoliny. Proszę zostać po lekcji.

Zaskoczę Was dzisiaj NIE pisząc o Tusku.

*

Podobnie jak bardzo wiele innych osób od dzieciństwa chciałem napisać powieść.

W grę wchodzą właściwie dwa rodzaje literatury. Jednym jest fantasy. Od dzieciństwa kręcą mnie klimaty rycerskie, miecze, zbroje, jazda konna i tym podobne. Nie chodzi tu bynajmniej o męskość rozumianą jako „gwałcimy, palimy i kradniemy”. Wprost przeciwnie. Bardzo lubiłem od dzieciństwa fantasy w wykonaniu Andre Norton, potem zaś moim ulubionym czytadłem stał się „Ognisty Miecz” Adrienne Martine-Barnes. Autorka ciekawie rozgrywa role genderowe — w zasadzie to główna bohaterka jest pochwą dla miecza-mężczyzny (metafory należy rozumieć dosłownie), ale jednocześnie to ona jest motorem akcji i decyduje o rozwoju wydarzeń. Taniutkie machismo w fantasy powoduje u mnie odruchy wymiotne — Sienkiewicz jest chyba ostatnim (chronologicznie) autorem, któremu gotów byłem wybaczyć przedstawianie kobiet jako piszczących białogłów zajmujących się szyciem i mdleniem. Może dlatego, że jak na grafomana Sienkiewicz był diabelnie utalentowany.

Drugim rodzajem literatury są dzieła znane jako chick-lit gdy piszą kobiety, a jako powieść obyczajowa, gdy to samo piszą mężczyźni. Wśród moich ulubieńców są Marian Keyes i Michael Cunningham; Marian pisze bardziej humorystycznie, a Michael z większą erudycją, ale tak naprawdę oboje tworzą dzieła „o ludziach i o życiu”. Chciałbym umieć pisać coś pomiędzy Marian, a Michaelem — przy czym zapewne bliżej Marian, bo jestem mało poważnym człowiekiem i ciężkie dramaty psychologiczne mi nie do końca leżą.

Jak łatwo zauważyć, jeszcze żadnej książki nie opublikowałem (gdyby było inaczej, zanudzałbym Was tą informacją średnio co 20 sekund, przedstawiał się jako Opublikowany Autor, był znanym telewizyjnym autorytetem ds. wszystkich, etc.) Kiedyś publikowano mnie w „Inaczej”, parę razy napisałem coś na homiki.pl, ale długie formy jakoś mi się nie udają. Po części obwiniam za to zwyczajne lenistwo, po części — to, że moje własne historie przestają mnie interesować w momencie, gdy poznaję zakończenie (co utrudnia redagowanie). Dodatkowo, zdolność koncentracji nigdy nie należała do moich — oooh shiny!

Po części zaś zwyczajny strach.

Jest tyle rzeczy, które mogą pójść źle. Po pierwsze primo, możliwe, że zwyczajnie nikt nie zainteresuje się moją twórczością, począwszy już od wydawcy. Po drugie, wydawca może tak, ale już nikt dalej. Po trzecie, recenzje. Wystawienie ukochanego dzieła na pastwę generała publicznego oznacza wystawienie się na bezlitosny bicz opinii recenzentów i trzeba posiadać pewną gruboskórność, żeby się tego nie obawiać. (Lub, jak Rafał Ziemkiewicz, mieć tak straszne parcie na bycie Sławnym Autorem, żeby w ogóle się nie przejmować niczym innym, w szczególności recenzjami. Stąd kariera wyrażenia „risercz ziemkiewiczowski”.)

Poza tym, tak wiele osób przecież pisze, pisze, pisze. Sam jestem wszak winien tej zbrodni — spójrzcie na moje liczne blogaski, którymi z upodobaniem zawracam głowę setkom, a czasem tysiącom (lecz niestety nie milijonom) czytelników. Notkę blogową zdarza mi się wrzucić w nerwach w ciągu pięciu minut, popełnić w niej idiotyczny błąd i potem żałować, że się odezwałem. Głupio byłoby opublikować powieść, a miesiąc potem dostać uprzejmy list od czytelniczki: „bardzo podobała mi się pana książka pt. Flamingi Jedzą Gruszki, jednakowoż chciałam zwrócić uwagę, że gruszki są dla flamingów trujące”. (Nie sprawdziłem, czy flamingi jedzą gruszki. Z góry przepraszam.) I znowu kłania się risercz ziemkiewiczowski — a tymczasem moje pomysły nie ograniczają się do pisania o Amsterdamie w roku 2013, ba, plącze mi się po głowie historia osadzona w XIX wieku w Islandii. Nigdy nie byłem w Islandii, a w szczególności nie byłem tam w XIX wieku.

No więc (nigdy nie zaczyna się zdania od…) mam całą długą listę powodów, dla których nigdy nie napisałem książki. A jednak nigdy się nie poddałem i nie przyjąłem do wiadomości, że to nie nastąpi. Wszystkie wymienione powyżej powody nie powstrzymały mnie od wymyślania kolejnych historii. Nie mogę się powstrzymać dopisywania historii całego życia osobom, które przeszły koło mnie na ulicy, rozmawiając przez komórkę. Od wymyślania, co też może sobie myśleć ktoś, kto miał do mnie zadzwonić dwa dni temu i — przypadkiem — wymyślania tej osobie całej historii rodzinnej. To się samo robi, a niektóre z tych historii zostają mi w głowie miesiącami, a nawet latami.

Z plusów dodatnich wymienić mogę fakt, że Autorem można zostać w dowolnym wieku. O ile Justinem Bieberem nie zostanę już na pewno, bo jestem za stary, o tyle pisać nadal mi wolno. Więc wciąż nie możecie się spodziewać dnia, ani godziny, w KAŻDEJ CHWILI mogę Was nagle zaskoczyć informacją, że napisałem powieść i co nam pan zrobi.