Wiele ostatnio myślałem na temat pojęcia wyboru i tego, jakie wybory podejmujemy, dlaczego i jak przekładają się one na konsekwencje w naszym życiu. Zaczęło się, kiedy moja przyjaciółka wrzuciła na Facebooka status: „Jedynym ograniczeniem jest Twoja wyobraźnia! …i pieniądze! …i zdrowie! …i inni ludzie!” Zaśmiałem się, ale zostało mi to w głowie i nie pozwalało o sobie zapomnieć.

Przypomniałem sobie o jej statusie, kiedy dostałem odpowiedź na list wysłany do niderlandzkiego urzędu ds. pracy i przychodów w sprawie zasiłku mieszkaniowego dla osób dotkniętych nagłym wypadkiem losowym, np. chorobą. Odpowiedź była odmowna, czego się poniekąd spodziewałem, zaskoczyło mnie natomiast uzasadnienie. Uzasadnienie szło mniej więcej tak: 1) wziąłem kredyt powyżej 100% wartości mieszkania, co było moim własnym wyborem; 2) zakładając firmę nie ubezpieczyłem się od utraty płynności finansowej, co było moim własnym wyborem. W związku z tymi dwoma powodami odmawia mi się zasiłku. Sugestia, dodana przez urząd zupełnie za darmo, brzmi: sprzedać mieszkanie i kupić tańsze.

Nie do końca zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że te rzeczy były moim wyborem. Punkt pierwszy opiera się na założeniu, że ja rozumiałem specyfikę i zawiłości kredytów hipotecznych, przewidywałem globalny kryzys i opierając się na tym dokonałem świadomego wyboru wzięcia kredytu powyżej wartości mieszkania. Rzeczywistość wyglądała, rzecz jasna, nieco inaczej. Kiedy kupowałem apartament, agent nieruchomości zapewnił mnie, że po 5-6 latach sprzedam go z zyskiem, bank nie miał żadnych oporów przed daniem mi kredytu, żadna z tych instytucji nie miała też problemu z przyjęciem swojej prowizji, która ostateczną sumę kredytu rzecz jasna zwiększyła. Żadna z nich również nie przewidywała kryzysu. Natomiast tylko bank otrzymał dofinansowanie od rządu, kiedy już pojawiła się taka potrzeba; ja dofinansowania nie dostałem.

Punkt drugi ignoruje kompletnie specyfikę choroby, którą jest bipolar. Osoba w stanie hipomanii nie dokonuje wyborów tak samo, jak osoba poza tym stanem. Nie twierdzę tutaj, że należy mnie ubezwłasnowolnić i odebrać możliwość dokonywania wyborów, ani — że bipolar jest usprawiedliwieniem dla wszelkich wybryków, finansowych i innych. Zwracam tylko uwagę, że określenie „mój wybór” znowu zostało użyte troszkę na wyrost. Kiedy zakładałem firmę, wiedziałem NA PEWNO, że odniosę wielki sukces, że nie potrzebuję żadnej pomocy, że sprzyjają mi bogowie i że będzie trzeba pracować ciężko, ale na końcu tęczy czeka kufer pełen złota. Nie wiedziałem, że zamiast tego pewnego dnia obudzę się w depresji; nie rozważałem takiej możliwości ani przez minutę. Tak się nie mogło stać. Umysł w hipomanii pewnych rzeczy nie ogarnia. Ale ja to wiem teraz, a nie wtedy, kiedy był czas na ubezpieczanie kredytu.

Dodana za darmo sugestia wzbudza we mnie po połowie rechocik (lubię wszakże czarny humor), po połowie zaś chęć odpisania urzędowi nieco nieuprzejmie. W Amsterdamie w tej chwili nie da się sprzedać mieszkania, chyba, że zaniży się jego cenę o 20-30%. Jeśli to zrobię, będę mógł rzecz jasna kupić tańsze mieszkanie, dzięki czemu będę miał nadal taki sam kredyt, tylko jeszcze bardziej niezabezpieczony wartością nieruchomości. Urząd raczy sobie robić liberalne jaja, proszę szacownego urzędu, i ja rozumiem, że urząd ma dzisiaj PMS i muchy w nosie, ale to nie powód, żeby się urząd natrząsał z chorego.

*

Rzecz jasna, kiedy myślę o podejmowaniu wyborów, nie myślę tylko o urzędach i swoim kredycie (choć przyznam, że temat ten regularnie pojawia się w mych rozważaniach o naturze wszechrzeczy). Bardzo często wybór jest pozorny, podejmowany za nas przez prawników i bankierów, polityków, czy rodziców. Matka skrzypaczki Vanessy-Mae, Pamela, dokonywała za córkę WSZYSTKICH wyborów, włącznie z tym, że Vanessa-Mae miała zakaz krojenia własnoręcznie chleba (bo jeszcze się zatnie). Matka powiedziała jej też „kocham cię, bo jesteś moją córką, ale nigdy nie będziesz dla mnie wyjątkowa jeśli nie będziesz grać na skrzypcach”. Vanessa-Mae zerwała kontrakt menadżerski z matką w wieku lat 21, w nadziei, że uda jej się przywrócić kontaktom z matką pozory normalności. Niestety, zamiast tego Pamela zerwała z córką wszelkie kontakty i nigdy więcej się do niej nie odezwała. Kto tu dokonał wyboru i jakiego? Kto kogo za to obwinia?

W bardzo ciekawym TED Talk Sheena Iyengar opowiada o „Sztuce wyboru”. Nie będę cytować jej wykładu, bo cały jest wart obejrzenia (lub chociaż przeczytania). Pamiętam doświadczenie podobne do opisanego przez Sheenę; wizytę w MediaMarkt celem wybrania telewizora. Powitało mnie dwieście telewizorów w różnych cenach, różnej wielkości, z różnymi rodzajami ekranu, różnymi opcjami teletekstu, zmywania naczyń, pompowania opon w samochodzie i przyrządzania sushi. Rozejrzałem się i poczułem… nie, nie wolność i zachwyt na myśl o wyborze, jaki mi dano. Przerażenie. Kiedy do wyboru są 3-4 opcje, w miarę łatwo jest wybrać, choć ryzykujemy, że żadna nam się nie spodoba. Optymalną opcją wydaje mi się 10, które zawężamy do 2-3 według kryterium ceny/rozmiaru/jakie nam odpowiada. 200 jest liczbą, z której nie jesteśmy w stanie dokonać optymalnego wyboru, zwłaszcza w przypadku czegoś takiego, jak telewizory. Nie możemy ich dowolnie przestawiać, ustawiać obok siebie i porównywać ekranów. Możemy ewentualnie — jak ja — bezładnie biegać po salonie MediaMarkt, czując w głowie mętlik, zapisać sobie losowo wybrane pięć modeli, po czym wrócić do domu, odkryć, że jeden z nich jest w internecie o wiele tańszy i go nabyć.

Było to pięć lat temu, a ja nadal nie wiem, czy to był dobry wybór. Gdy kupowałem mieszkanie w 2008, wydawało mi się to dobrym wyborem. Gdy zakładałem firmę, miałem poczucie, że dokonuję wyboru zgoła najlepszego z możliwych. Z drugiej strony, kariera grafika komputerowego przydarzyła mi się niejako przypadkowo; poznałem właściwą osobę we właściwym momencie i osoba ta skierowała mnie w jakimś tam kierunku. Kowalstwo jest wyborem z miłości, pragnienia i żądzy. Przez pięć lat studiów przebrnąłem w dużym stopniu znudzony jak norka. Nauka kowalstwa — ostatnio, kurs spawania — ekscytuje mnie bardziej, niż cokolwiek kiedykolwiek wcześniej. Mieszkanie w Amsterdamie, zamiast w Warszawie, cieszy mnie potrójnie, gdy czytam o wysokości zasiłku jaki otrzymałbym w Polsce (561 zł) i o ostatnich wyczynach Sejmu. Wyborów dokonałem, ograniczony wyłącznie swoją wyobraźnią! …i pieniędzmi! …i stanem zdrowia! …i przez innych ludzi! Wiele z nich teraz bym zmienił; wieloma będę się chwalić (zapewne) do końca życia. Wiele widniejących na horyzoncie zrzuciłbym z wielką przyjemnością na kogoś innego.

Nie chce mi się pisać o tym, sami wszystko wiecie. Ciekawe, ilu z tych załamanych, wstrząśniętych i zaskoczonych zagłosuje znowu na PO przy kolejnej okazji? Może na posła Szumełdę, co zagłosował przeciwko ustawom RP i SLD, żeby niechcący za dużo praw sobie nie przyznać? (przepraszam za risercz ziemkiewiczowski, Szumełda nie jest posłem, nie wiem, gdzie to wyczytałem)

150639_404169879667166_479710142_n

(źródło obrazka)

Przy okazji całego tego zamieszania chciałbym zwrócić uwagę na co innego. Sejm podtrzymał, kosztem dziewięćdziesięciu paru milionów złotych, Fundusz Kościelny oraz ustalił, że stołówki będą otrzymywały dofinansowanie w wysokości zera złotych. To w ramach tego, że pary homoseksualne są jałowe i nie pełnią funkcji prokreacyjnej (w odróżnieniu od księży) oraz że należy chronić świętość życia poczętego (w odróżnieniu od narodzonego, które niechaj z głodu zdechnie). To nie jest kraj dla ludzi. To jest kraj dla księży, komorników i posłów.

In completely unrelated news, zainteresowanym emigracją do Holandii udzielę odpowiedzi na dowolne pytania w komentarzach.

Na Walentynki muszę odnowić domenę, znaczy, to już prawie rok pod tym adresem. Minęło jak Grey z bicza trzasnął.

Wojciech Orliński na Facebooku:

We „Frondzie” zaś Ziemkiewicz stanowczo odcina się od przypiswania mu antysemityzmu przez, jak to ujął, intelektualistkę „zdaje się o korzeniach żydowskich – nic o tym na pewno nie wiem, ale takie sprawia wrażenie”.

SOUNDS LEGIT

Wkurwiony Pedał w swych Dopiskach:

Portale plotkarskie oszalały. Njus dnia! Pomponik donosi, że p rezenterka odpowiedziała na intymne pytanie dotyczące seksu!  (Anita nie powiedziała nic więcej prócz tego, że uprawia seks). Plotek ujawnia, że  na koniec wywiadu pada pytanie za 100 punktów: Czy Anita uprawia seks?  No i się okazuje, że tak. ANITA TO ROBI! Ręka do góry, kto myślał, że Anita nie uprawia seksu. Pewnie większość, skoro to szaleńcze wyznanie bije rekordy popularności.

Nie mam nic do dodania, proszę całą notkę przeczytać.

*

Podróż z Warszawy do Amsterdamu: 7.5 godziny. 2 godziny opóźnienia samolotu. Na lotnisku Schiphol komunikaty: „Nic nie jeździ. Miłej podróży życzy Transport Narodowy” oraz wesołe filmiki o treści, jak to 400 osób odśnieża lotnisko. Z tych czterech centymetrów śniegu, które spadły. Bez powodzenia. Wnioskuję z tego, że Okęcie odśnieża co najmniej 5000 osób 96 godzin na dobę. Dziś podobno Schiphol ma się zamknąć kompletnie, co nie zaskakuje w kontekście tego, że leciutko prószy.

Po wyjściu z lotniska odkryłem, co następuje: pociągi nie jeżdżą. Autobusy nie jeżdżą. Alternatywnego transportu niet. Chyba, że ktoś ma 45 euro do wydania na taksówkę (dziwnym trafem akurat taksówki funkcjonowały nawet mimo tak strasznego, nieoczekiwanego w zimie ataku 4 cm śniegu). W pewnym momencie gruchnęła wieść, że będzie JAKIŚ pociąg. Ruszyliśmy kurcgalopkiem na stację, aby odkryć, że pociąg będzie w kierunku Hoofddorp (czyli OD Amsterdamu). W chwili nadejścia pociągu zawiadowczyni stacji podała komunikat, że z powodu kłopotów z personelem pociąg nie przyjmuje pasażerów. Czyli, że wjedzie, postoi i pojedzie. Chyba tylko zmęczeniu ludzi należy przypisać fakt, że stacja nie została w tym momencie zdemolowana. Mój pociąg, do stacji Lelylaan, przybył 11 minut po podanym czasie opóźnienia, został powitany owacją i nawet przyjął pasażerów. W domu byłem lekko przed 23, po 7.5 godzinach od rozpoczęcia podróży. Rozważam pisanie listów do ministerstwa transportu, coś w tonie „Odśnieżanie, jeśli wie Pan, co to znaczy” oraz „kraje rzekomo mniej rozwinięte, jak Polska”.

Skoro o tym mowa, ulic nikt nie odśnieża, bo i po co, a samochody na letnich oponach ślizgają się po nich radośnie. Jest to trzeci rok z rzędu, podczas którego w zimie śnieg leży, zamiast się natychmiast rozpuścić i zniknąć. Nikomu nie daje to nic do myślenia.

*

Rozmawiałem sobie dzisiaj z moją przyjaciółką na temat prostytucji jako zawodu. Tak się składa, że znam osobiście jedną męską prostytutkę, bardzo zadowolonego z życia młodzieńca studiującego Sztukę. W wolnych chwilach młodzieniec trzepie kasę taką, na jaką ja musiałbym pracować tak dziesięć razy dłużej.

Przyjaciółka była generalnie zdania, że kobiety, które zajmują się prostytucją z własnej woli, tylko sobie wmawiają, że to ich własna wola, w rzeczywistości zaś zostały skrzywdzone w dzieciństwie, lub też były ofiarami przemocy. Ewentualnie zajęły się tym z desperacji, po czym post-zracjonalizowały. Moje zdanie było takie, że owszem, takie kobiety są, ale są też takie, którym ten wybór pasuje, poza tym każda praca w zasadzie polega na oddawaniu ciała/umysłu pod czyjąś kontrolę. Zaczęliśmy od tych stanowisk, pogadaliśmy sobie jakiś czas, uprzejmie przyjęliśmy do wiadomości zdanie drugiej osoby, wysłuchaliśmy argumentów, po czym moja przyjaciółka przyznała, że bliżej jej teraz do mojego punktu widzenia, choć nadal go nie podziela w stu procentach. Ja zaś przyjąłem jej argumenty i zrozumiałem, skąd się wzięły, nie zmuszając jej z rechotem do ich porzucenia.

Jakże nudna byłaby polityka i media, gdyby wszyscy potrafili w ten sposób rozmawiać. Pp. Terlikowski, Kempa, Niesiołowski, Palikot, Senyszyn i Monika Olejnik prowadziliby debatę na argumenty na temat, powiedzmy, związków partnerskich. Terlik mówiłby na przykład „serdecznie przepraszam pana Palikota, lecz temat związków partnerskich wzbudza we mnie leciutki niepokój”. Palikot odpowiadałby na to „z chęcią wytłumaczę szanownemu panu podstawowe założenia ustawy”. Niesiołowski włączałby się do dyskusji w odpowiednich momentach, opowiadając anegdotę o tych dwóch paniach, które przyszły mu wytłumaczyć, że potrzebują ustawy, bo nie mają jak uregulować spraw majątkowych. Na koniec Monika Olejnik mówiłaby „szalenie państwa przepraszam, ale kończy nam się czas”. Wszyscy dziękowaliby sobie serdecznie, a posłanka Kempa podsumowywałaby „Bardzo jestem zadowolona z tej rozmowy, gdyż wiele się dowiedziałam, mam nadzieję, że oglądający również”.

No to skoro sobie pomarzyliśmy, to zapraszam na Frondzię: Homoaktywistów wieszać czy patroszyć? „To niewinny żart! Tylko skończony lewacki głupek mógł pomyśleć, że to wezwanie do zabijania”. I tyle w temacie. Skumbria w temacie. Skumbria w temacie. Pstrąg.

Wydaje mi się, że interesującym materiałem na notkę byłoby opisanie mojego traktowania przez rozmaite instytucje w związku z bezrobociem i chorobą. Nie będę się silić na porównanie z Polską (to zostawię komentatorom — zresztą nie próbowałem żadnej z tych rzeczy organizować w Polsce). Po prostu opiszę.

Źle zacząłem się czuć pod koniec lipca/na początku sierpnia. Najpierw miałem nadzieję, że to przejściowe. Skoki nastroju co kilka godzin wydawały mi się bardzo dziwne i nieprzyjemne, ale któż wie, może to minie. Może trzeba zwiększyć z powrotem dawkę antydepresantu, myślałem. Zwiększyłem, nie pomogło. Spać nie mogłem dalej. Więc wybrałem się do lekarza domowego, czyli huisartsa.

Huisarts w Holandii ma większe uprawnienia i umiejętności, niż w Polsce. Dokonuje drobnych operacji chirurgicznych, ma pewne uprawnienia wszystkich specjalistów naraz, w tym psychiatryczne. Mój niestety na zajęciach z psychiatrii musiał spać, albo był na wagarach, w każdym razie jego porady sprowadzały się do bezradnego pytania „a co pan myśli, że powinniśmy zrobić?” na co ja na początku odpowiadałem „przecież do pana przyszedłem po odpowiedź na to pytanie”, a po jakimś czasie odparłem prosto z mostu „dać mi skierowanie do specjalisty”.

Na wizytę u specjalisty czekałem, o ile pomnę, 3.5 tygodnia. W międzyczasie odbyła się ze mną rozmowa przez telefon, co do profesjonalizmu której miałbym pewne uwagi. Nie zapytano mnie o drobiazg ważny w depresji, mianowicie o to, czy aby nie mam myśli samobójczych. Wizyta w końcu się odbyła, znów po jakimś czasie. Do samej wizyty nie mam uwag, oprócz tej, że odesłano mnie do domu bez diagnozy i znów kazano czekać. Pan doktor musiał otóż przedyskutować rezultaty z konsylium za półtora tygodnia. W tym czasie pacjent, czyli mła, został zostawiony sam, bez infolinii pod którą możnaby zadzwonić, bez ostrego dyżuru, bez niczego pomocnego w ogóle.

3 października uzyskałem diagnozę, 4 października zaś w stanie ostrego kryzysu wylądowałem u dyżurnego psychiatry. Nawet to nie było łatwe, gdyż 3 października dostałem skierowanie do szpitala. Do szpitala zadzwoniłem następnego dnia, spotkałem się z przyjęciem opryskliwym i niemiłym („pan mi nie może mówić takich rzeczy, to niemiło z pana strony”). Zadzwoniłem więc do huisartsa, gdzie odesłano mnie do szpitala. („Ale tam mi odmówili pomocy.” „To musi pan zadzwonić jeszcze raz, z pewnością się uda! Najważniejsze to się nie poddawać. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?”) Nie pomyślałem o telefonie do kliniki, która zdiagnozowała mnie poprzedniego dnia, bo szczerze mówiąc już o niczym sensownym w tym momencie nie myślałem. Na dyżurze okazało się, że oczekiwania 10 dni na miejsce w kolejce do szpitala skrócić się nie da. Dostałem silnie otępiającą pigułę, mającą w zarysach utrzymać mnie w jednym kawałku przez półtora tygodnia i wysłano mnie do domu, tym razem jednak z numerem linii 24/7 pomocy psychiatrycznej.

Od tego momentu nie mam więcej negatywnych uwag do niderlandzkiej opieki zdrowotnej. Kiedy już zostałem pacjentem szpitala, włączył się tryb ful profeska. Na pierwszej, dwugodzinnej wizycie maglowała mnie trójka lekarzy. Po potwierdzeniu diagnozy przydzielono mi moją stałą panią doktor, z którą widuję się co 1-2 tygodnie. Pani doktor zadaje mi głównie dwa pytania: czy chodzę regularnie na siłownię i czy chodzę regularnie do kuźni. Traktuje mnie jak człowieka, nie jak numerek, pamięta, jakie leki biorę, jak często i do czego służą, pyta z troską o efekty uboczne, pilnuje mojej wagi i dodatkowo fajnie się ubiera, co jest miłe dla oka. Co prawda odmówiła zmiany mojego stabilizatora nastroju, ale po miesiącu-dwóch okazało się, że w sumie słusznie, bo nastrój się ustabilizował, a efekty uboczne zmniejszyły do akceptowalnych.

Przejdźmy do opieki społecznej i benefitów.

Pamiętny moich przejść z ZUS i UP lata całe temu do niderlandzkiego UWV wybierałem się z lekką taką nieśmiałością oraz Zbrojmistrzem u boku. Przeraził mnie albowiem otrzymany list, który informował mnie tonem ostrym i opryskliwym, iż nie wolno mi wychodzić z domu w godzinach 9-18, bo jeśli sprawdzą i okaże się, że mnie nie ma, zostanę uznany za symulanta. Potem wezwano mnie kolejnym listem na pilne spotkanie. Na spotkanie poleciałem gubiąc chodaki i spodziewając się Pani Helenki ubranej w zbroję. Na miejscu powitała mnie pani odziana jak Peggy Bundy, przepytała uprzejmie, zrobiła notatki do lekarza i skomentowała list:

'Eee, wie pan, to takie standardowe pisma są. Pan się tym nie przejmuje, oczywiście, że musi pan chodzić na siłownię!’

Tak pocieszony ruszyłem do domu w lepszym humorze, który minął mi znów, gdy dostałem wezwanie do lekarki od ubezpieczeń i znowu przypomniał mi się ZUS. Wyobraziłem sobie pluton egzekucyjny, na froncie którego stanie kolejna Pani Helenka i ryknie:

'Symulancie! Zdrajco! Odgryzasz sutek co wykarmił cię! Natychmiast zaprzestań wyłudzania zasiłków, kolejny Polaku pasożytujący na ledwie dychającem łonie matki Holandii!’

Pani doktor okazała się być smutną damą koło 50-tki, mówić cichym i ciepłym głosem, na wieść o moim bipolarze autentycznie się zmartwiła, kazała chodzić do kuźni i na siłownię i trzy razy życzyła mi powodzenia. Po czym wysłała mnie do domu z informacją, że odezwie się za trzy miesiące. Tak na razie skończyły się walki z lekarzem od ubezpieczeń.

W tej chwili jestem uznany za w pełni niezdolnego do pracy. Tak się też składa, że jakoś tak od świąt czuję się nieźle — są dołki i górki, ale na ogół jest po prostu OK. Nie miałem takiego okresu od… lipca. Tak więc po dwóch tygodniach względnie stabilnego samopoczucia uznałem, że zapewne następnym krokiem jest wysłanie mnie przez urząd pracy do szukania etatu i spytałem o to panią doktor.

'Kiedy wrócę do normalnego życia?’

Pani doktor nieco się zacukała.

'A co pan tym mianem określa?’

'Eee, no wie pani’ odparłem radośnie — 'etat jako grafik, przede wszystkim…’

Pani doktor zrobiła minę, którą widziałem już u niej wcześniej. Mina oznacza, że rozważa, jak owinąć odpowiedź w bawełnę tak dokładnie, żeby nie wystawała ani jedna macka.

'Przecież pan prowadzi życie!’ powiedziała w końcu, 'chodzi pan do kuźni, znaczy ma pan pracę…’

'Miałem na myśli pracę zarobkową’ rzekłem chłodno.

'…chodzi pan na siłownię, widuje ludzi… to bardzo dużo!’ Po czym dodała obrzydliwy passus, który mi wywraca trzewia do góry nogami: 'Wiele osób z tą chorobą prowadzi przyjemne i satysfakcjonujące życie… niekoniecznie musi to być praca na etat, zwłaszcza tak stresująca, jak ta, którą pan miał wcześniej. Może coś prostego? Albo kilka godzin w tygodniu? Drobne zlecenia?’

'A urząd pracy?’

'Och, urząd pracy współpracuje z nami! Reintegracja nie polega przecież na tym, że wrzucamy pana na głęboką wodę, to byłaby głupota! Malutkie kroczki, malutkie kroczki. Jeden dzień w tygodniu może’ rzekła pocieszająco, podczas, gdy ja żułem poprzednią wypowiedź. Coś prostego kilka godzin w tygodniu. Drobne zlecenia…

Wyszedłem z gabinetu kompletnie zamotany. Z jednej strony rozwiązano mi stres — muszę przyznać, że wizja, w której zostaję wykopsany na wolny rynek pracy z dnia na dzień wydawała mi się porażająca. Z drugiej strony, ja już swoją panią doktor znam na tyle, żeby umieć zinterpretować jej wypowiedź. Mam się nie spodziewać, że wrócę na pełen etat jako grafik. Na pełen etat może tak, jako grafik może tak, ale naraz to już raczej nie.

Tak długo postrzegałem samego siebie jako super-sprawne urządzenie do załatwiania spraw, zapierdalania jak mały projektujący samochodzik i zarabiania kasy, że ciężko mi się uwolnić od myśli, że muszę do tego stanu wrócić, najchętniej od jutra. Mimo tego, że ja tej wersji liberalnego kapitalizmu strasznie nie lubię, nie potrafię jakoś zaprzestać stosowania jej nakazów do samego siebie. To nie ZUS mi wmawia, że symuluję i każe dowodzić, że pociąg obciął mi nogi naprawdę, a nie schowałem ich w szafie przed wyjściem z domu. To ja sam walczę ze samym sobą, żeby dowieść sobie, że lekarze i urzędy mają rację tłumacząc mi, że moje życie musi ulec dużej zmianie. Może już na zawsze. Może nie. Ale na pewno na dłużej, niż dwa tygodnie.