Okazuje się, że pozbycie się polskiego obywatelstwa wcale nie jest takie proste, jak sobie naiwnie wyobrażałem. Cóż, dziewięć lat mieszkania poza Polską zrobiło swoje. Przywykłem do urzędów, które starają się pomagać obywatelom i ułatwiać im wszystko, co się da.
Celem wystąpienia o obywatelstwo holenderskie musiałem przedstawić: paszport, zaświadczenie o zdaniu kursu językowo-kulturowego oraz wpłacić 821 euro. Drogo. Ale wszystko inne zrobiono za mnie. Nie był mi potrzebny akt urodzenia, bo składałem go w 2006 roku i urząd ma go w bazie danych. Nie musiałem pisać zaświadczeń o stanie cywilnym i posiadanych dzieciach, bo urząd to wie. Całość procedury zajęła 8 miesięcy. Dzisiaj odbieram nowy dowód.
Z dowodem wiąże się anegdotka. Musiałem, rzecz jasna, zrobić sobie zdjęcie. Do fotografa przybyłem w czarnej koszulce, co okazało się błędem — moja broda zlewała się z kolorem t-shirtu. Tak więc zrobiłem jedyne, co mogłem, założyłem arafatkę. Rezultatem jest zdjęcie, na którym wyglądam, jakby wzięto słit-selfie terrorysty z kałachem w jednej ręce, a Koranem drugiej i przycięto do samej twarzy.




