Jak ostatnio pisałem, wprowadziłem sobie w życie tyle ograniczeń, że zaczęło się ono składać wyłącznie z wizyt u lekarzy, brania leków, fizjoterapii i bólu. Powoli, niezauważalnie nawet dla samego siebie usunąłem rzeczy, które sprawiały mi przyjemność, nigdzie nie jeździłem, bo trzeba oszczędzać (przy czym nie jest tak, że leżę na banknotach, ale w rzeczywistości jak najbardziej stać nas na np. weekend w Pradze), nic nie kupowałem, bo trzeba oszczędzać, z wyjątkiem rzeczy typu szkło na telefon za €0.89 na AliExpress. Ubierałem się jak normalny człowiek. Wypaliłem cygaro, próbując sobie poprawić nastrój, nie zadziałało, za to dwa dni trwało, zanim pozbyłem się z brody aromatu. Nie uprawiałem randek, nie tylko przez plecy, ale po prostu nie czułem się seksownie. Aż w Czarny Wtorek strzelił mnie piorun i postanowiłem zamienić egzystencję w życie.
Dawno temu czytałem książkę Jenny „The Bloggess” Lawson „Furiously Happy”. Nie do końca pamiętam – kiepska pamięć bywa przyjemna, bo można czytać książki po kilka razy – natomiast sentyment tytułu bardzo mi w tej chwili odpowiada. Ponieważ moją wściekłość – na czekanie miesiącami, na lekarzy, na ból, na samego siebie – skierowałem nie na to, co mi wpadło do głowy najpierw, czyli pozywanie do sądu lekarza rodzinnego po wcześniejszym obrzuceniu go przedmiotami. Postanowiłem ją wykorzystać pozytywnie.



