Nie, nie o #dobrejzmianie, ta notka nie jest polityczna.
Do napisania zainspirował mnie pewien pies. Był niewątpliwie najmniej inteligentnym przedstawicielem swojego gatunku, jakiegokolwiek napotkałem. Gdy rzucałem mu patyk, rzucał się radośnie do biegu w kierunku zupełnie odmiennym od tego, który obrałem rzucając, po kilku sekundach zapominał, co właściwie robił i wracał do mnie domagać się rzucania patykami. Do końca nie zapamiętał, co to jest ten fiflak dyndający mu z tyłu, regularnie rozpoczynał gonitwy, w końcu osiągał wiktorię, gryzł się w ogon i skowyczał zaskoczony.
Pies zmarł 1 lipca. Nie był mój, ale znałem go dłużej, niż większość swoich przyjaciół. Jako szczeniaka, psa w sile wieku, że tak powiem, jako starszego pana, jako leżącego bez ruchu na dywaniku chuderlawca. Nie jest tak, że widywałem się z nim co dnia, ale czuję się dziwnie, ponieważ znowu zaszła zmiana: moja droga przyjaciółka nie ma już Draacula i nie widzę sposobu, żeby jej to wynagrodzić.


