Dzisiaj, zgodnie z obietnicą, żadnych chorób, samobójstw i polityki (zwłaszcza polityki). Czas na opowieść o miłości i twórczości.

Gdy pierwszy raz wspinałem się po schodach, aby poznać Josa, plan był taki: nieznajomy pan robi kolczugi. Trzy dni później miałem się wybrać na pierwszy kurs kowalstwa, w międzyczasie gotów byłem dowiedzieć się jak najwięcej o pracy z metalem. Poza tym, kolczugi są awesome. Nie przewidywałem wtedy, że ponad cztery lata później będziemy się przygotowywać do ślubu. W ogóle nic nie przewidywałem. W planach było tylko oglądanie kolczug.

(Etsy, model nie jest wliczony w cenę)

Obejrzałem i przymierzyłem kolczugi. Potem Jos zaczął pokazywać mi kolejne prace. Od pluszowych misiów przez gipsowe odlewy, um, członków męskich, skórzane kilty, prace z użyciem szybko twardniejącej żywicy, biżuterii… Moje usta otwierały się coraz szerzej. Zapewne wspominałem już, że intuicja, lub Bogowie, po godzinie znajomości dała głos:

– To TEN.

– Jaki TEN? – spytałem głupio.

– Ten jedyny. Właśnie ten.

Czytaj dalej

Nie jestem kobietą, jestem w zasadzie w wieku reprodukcyjnym gdybym akurat kobietą był, ale nie mam macicy i co nam pan zrobi. Natomiast do aborcji mam stosunek bardzo osobisty.

Mój biologiczny ojciec poderwał mamę w kawiarni. Zaczęli randkować, było fajnie, aż zaszła w ciążę. Ojciec naburmuszył się i WTEM! przypomniał sobie, że w zasadzie ma już żonę i dzieci, a rodzina jest BARDZO katolicka, więc pozamałżeńskie dzieci nie wchodzą w grę. Zaoferował mamie opłacenie aborcji. Mama się nie zgodziła. Tak więc jestem.

„Syndrom ocaleńca” to coś, czym się wali po głowie, nie wiedzieć czemu, wyłącznie kobiety. Jak można przeczytać na femina.org.pl (artykuł z 2008, ale wyskoczył mi w guglach jako pierwszy):

Czytaj dalej