Notkę Rozpaczy wrzuciłem w sobotę.

W poniedziałek rano odkryłem maila od redaktorki. Screenshot powyżej, tłumaczenie poniżej:

Pozdrowienia i Gratulacje!

W załączeniu ostatni (OSTATNI!!!) zestaw poprawek! Rzuć okiem i daj znać, jeśli masz jakieś pytania.

Oprócz tego zadbaj, żeby spędzić trochę czasu na czczeniu ogromnego osiągnięcia, jakim jest napisanie książki. Dziękuję Ci za cudowną przyjemność pracy z Tobą nad Storytellers, oraz za to, że jesteś tak gorliwym, myślącym i robiącym wrażenie* człowiekiem, z którym pracowałam.

(Powyższe tłumaczenie, w szczególności określenie „robiący wrażenie” zamiast „impressive” jest powodem, dla którego na polski moją powieść będzie tłumaczyć ktoś niebędący mną.)

Chciałbym powiedzieć, że natychmiast ogarnęła mnie dzika ekstaza, złapałem Josa w objęcia i odtańczyłem w tej pozycji kankana, lub chociaż z głośnym rykiem wybiegłem nago na ulicę, machając islandzką flagą. Prawda jest taka, że zrobiło mi się w sumie nawet miło. Nawet pomijając stan emocjonalno-umysłowy, jaki towarzyszył mi od tygodni lamictal (po polsku lamotrygina) obcina mi górki i dołki. Między innymi usuwa 99.5% myśli i obsesji samobójczych. Usuwa też podekscytowanie, dzikie wrzaski radości, tudzież dwuosobowego kankana.

(Wrzucam „Czytaj dalej”, bo następny akapit jest długi, ale nie będę smucić, wprost przeciwnie.)

Czytaj dalej

Dla dokładności, jak na razie jest to kryzys 41-lecia.

Kiedy ktoś ma kryzys zdrowotny przez kilka tygodni, ludzie dzwonią, przynoszą kwiaty, prezenty, pytają, czy mogą pomóc. Wysyłają uściski, niektórzy nawet kartki pocztowe, jakieś tam dowody pamięci.

Po paru miesiącach, kiedy nie widać poprawy – a co gorsza niekiedy pogorszenie, ten strumyczek zaczyna wysychać. Część osób się nudzi, bo ile razy można spytać „jak się masz” i usłyszeć „źle”. Część obwinia chorego – to jest mechanizm psychologiczny, nie wymyślam tego na poczekaniu – podświadomie uważając, że skoro nie ma poprawy, to chory się nie stara wystarczająco. Część… zapomina. Dzwonią do mnie, zapraszają, ja nie przybywam, dzwonią, zapraszają, nie przybywam… i przestają dzwonić i zapraszać. Przestają też SMSować, pytać, jak jest.

Częścią mojego kryzysu jest dziwne skrzyżowanie odczuć: otóż obecność ludzi okropnie mi szkodzi i potrzebuję ciszy i samotności – ale jednocześnie czuję potrzebę kontaktu z ludźmi. Tylko ograniczonego i na moich warunkach. Niewielu jest gotowych się do mnie dostosować i cenię tych, którzy to czynią. Nie ma ich wielu. Liczba moich dalszych przyjaciół i znajomych spadła. Ale spadła też liczba osób, które uważałem za naprawdę bliskie. Nie jestem dla nich wystarczająco interesujący. Znów, jestem świadom, jak to działa i nie jestem zaskoczony. Tylko… no, sami wiecie.

A teraz opiszę ostatni rok. Bo mój kryzys trwa od roku, zmieniając się od głębokiego do mniej głębokiego, a potem z powrotem.

Czytaj dalej

Wszystko da się opisać na tysiąc sposobów.

Pogoda była śliczna, świeciło słońce. Była straszna, z nieba lał się żar. Moja dziewczyna jest głupia, czyta tylko „literaturę kobiecą”. Moja dziewczyna jest genialna, czyta. Moje dziecko znowu narobiło wstydu, przyniosło same tróje. Moje dziecko jest genialne, nigdy nie zdarzyło mu się oblać kartkówki. I tak dalej.

2018 był dla mnie zatem bardzo dobrym rokiem.

Mniejsze kółko

Wczoraj podziękowałem pewnej przyjaciółce za to, że jest nadal w moim życiu w okresie, kiedy wiele osób się z niego wykruszyło. Napisałem jej, że liczy się dla mnie jakość, nie ilość. Odpowiedziała, że nauczyła się tego dwadzieścia lat temu (jest ode mnie starsza). Mama powiedziała jej, że „twoje koło przyjaciół z wiekiem się zmniejszy i nie ma w tym nic złego”. Przyjaciółka najpierw odebrała to jako złośliwość, potem zrobiła się zwyczajnie smutna, po latach odkryła jednak, że była to prawda. Zamiast 50 powierzchownych znajomości opartych np. na tym, że pije się wspólnie piwo albo ogląda ten sam serial ma dookoła siebie pięć osób, na które może liczyć zawsze.

Kiedyś wydawało mi się, że umiem oceniać ludzi. Myliłem się ogromnie, czego dowodzi po pierwsze primo historia mojego życia miłosnego, po drugie zaś primo – to, co wydarzyło się, gdy imprezy zastąpiłem diagnozą, a pigułeczki z uśmiechem – pigułeczkami, których zadaniem było przypomnieć mi, jak się uśmiechać. Oczywiście natychmiast odpadły mi znajomości typu „cmok cmok kochanie, ślicznie wyglądasz, musimy się jakoś niedługo spotkać, brb, lecę po piwo, chcesz też?” – to nie było zaskakujące. Poleciały jednak również inne. W tym roku nawet zaskoczyło mnie nagłe zniknięcie osoby, którą przez lata uważałem za przyjaciela. Osoba zobaczyła mianowicie, jak dwubiegunówka wygląda wtedy, gdy nie chowam się w domu. Po miesiącach kiszenia się we własnych kwasach zrozumiałem, że zrobiła mi przysługę, mianowicie zniknęła wtedy, kiedy moje dalsze istnienie nie opierało się na obecności osoby lub braku tejże.

W tym roku moje kółko zmniejszyło się, ale jednocześnie objęło osoby, których w nim wcześniej nie było. (Słowami mojego cudownego wykładowcy z Politechniki, jest to kółko w metryce gruszki.) Ludzie, których zainteresowanie mną wydawało mi się powierzchowne okazali się przyjaciółmi na dobre i na złe. W stronę przeciwną – jak widać powyżej. Pewną markotną satysfakcję sprawiło mi odkrycie, że miałem rację w temacie człowieka, który jednak rzeczywiście dbał o nasz kontakt dopóki nie przestałem być mu przydatny. Udało mi się spędzić trochę czasu z przyjaciółką od lat… ojej, #samaniewiem, osiemnastu? – internet to fajna rzecz, ale nie da się przez niego jeszcze przytulić.

Czytaj dalej

Bardzo długo zdawało mi się, że ominie mnie kryzys wieku średniego. A tu nagle WTEM!!! Rozmawialiśmy sobie z Josem o różnych rzeczach, jakie robiliśmy kilka lat temu i wpadła mi do głowy taka oto myśl:

Kiedyś miałem ciekawe życie.

MIAŁEM.

W czasie przeszłym!

Gorzej być nie mogło. To znaczy mogłoby, gdybym teraz kupił Ferrari, ale mnie nie stać (tudzież nie posiadam prawa jazdy). Teraz wpadają mi do głowy kolejne myśli:

Czytaj dalej