Sprzedane. Miała być na ten temat długa notka z zupełnie innym kręgosłupem, ale nie mogę jej napisać wystarczająco dobrze jak na swoje standardy. W przyszłym roku muszę stać się gorszym grafomanem i przestać mieć jakiekolwiek standardy, przecież w tym tempie nigdy nie zostanę Jasonem Huntem.

No więc. Sprzedaż mieszkania wyglądała mniej więcej tak. Spędziliśmy sześć miesięcy na powolnym remoncie. Powolny był po części dlatego, że niektóre rzeczy trzeba robić podczas suchej, słonecznej pogody, a w Amsterdamie takowa trafia się cztery razy do roku po osiem godzin, po części bo miałem depresję, a po części bo dobijali mnie remontowcy. Pracowałem w Holandii z trzema ekipami i żadna nie nadawała się do polecenia dalej. Ta też nie. Niemniej jednak na początku października remont został zakończony i pozostało sprzedanie różnych przedmiotów typu pralka i meble z IKEA i wystawienie całości na sprzedaż.

Czytaj dalej

Tym razem to ja wpadłem w szpony systemu, konkretnie medycznego, w związku z bólem pleców.

Sprzedaliśmy trzy miesiące temu cztery szafki z ikea, skręcone w jedną całość i z blatem na wierzchu. Na moje oko koło 200 kg. Kupujący nie chciał ich rozmontowywać, tylko wynieść w całości. Przybyli w składzie trzyosobowym, ja miałem silnego kumpla, w piątkę wynosiliśmy potwornie ciężki przedmiot i nagle chudy chłopak koło mnie upuścił swój róg, a mnie pociągnęło w dół.

Czytaj dalej

Zbliża się okres, w którym zbiera mi się na podsumowania. Przypomniał mi o tym artykuł z niezawodnej gazety.pl: otóż niemieccy (nie amerykańscy! też się zdziwiłem) naukowcy odkryli, że większość Europejczyków – z wyjątkiem wysoce religijnych chrześcijan – czuje się źle w okresie świątecznym. To niezwykłe odkrycie zaskoczyło, jak sądzę, wyłącznie niemieckich naukowców i wysoce religijnych chrześcijan, ale na wypadek, gdyby tłumaczenie mogło być pomocne, podejmę się opisania swojego punktu widzenia.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam podekscytowanie prezentami. Kolacja wigilijna stanowiła wyłącznie przeszkodę na drodze do prezentów. Dławiliśmy się z braćmi i kuzynami kolejnymi potrawami, zdecydowani wciągnąć każdą z nich jak najprędzej, po czym z rozpaczą odkrywaliśmy, że musimy czekać na mamusie, wujków i babcie, które złośliwie i podle rozkoszowały się każdym kawałeczkiem pieroga, rybki i innych cholernych kapustek. Wreszcie następował upragniony moment i rozszalałe harpie rzucały się na kolorowe pudełka. Nie pamiętam żadnego prezentu, oprócz jednego: niezawodna babcia ZAWSZE dawała mi kalesony i one ZAWSZE były za małe. Raz jeszcze, sporo później rzecz jasna, uszczęśliwiono mnie golarką i kremem do golenia. Całe życie zapuszczam brodę…

Czytaj dalej

Zgadało się wśród starych znajomych w temacie: co by się musiało wydarzyć w Polsce, żebyś wyjechał(a).

W 2006 roku w Polsce premierem był Jarosław Kaczyński (kiedy już mu się znudziło udawanie, że premierem jest MaxiKaz). Ministrem edukacji był Giertych. Resztę składu tej bandy sobie daruję, zwłaszcza, że duża część właśnie wróciła na stanowiska. W Trójce słuchałem audycji, do której dzwonili słuchacze narzekać na homoterror i że nie można pedała pobić na ulicy, bo się odpowiada jak za człowieka. Moja ciotka… na ten temat już pisałem dużo i rozwlekle, w skrócie nie widziałem jej już jakoś tak od roku, bo nie życzyła sobie w domu Szacownego (wtedy)Małżonka.

Miałem za sobą różne doświadczenia homofobii okazywanej fizycznie. Kilka lat wcześniej otrzymałem o pierwszej w nocy SMSa od ukochanej osoby „nie denerwuj się, ale pobito mnie na ulicy”. Jak się okazało, kiedy romantycznie szliśmy przez puste miasto trzymając się za ręce, za nami szła banda dresów, jako mężczyźni odważni zaczekali, aż się rozdzielimy, po czym z uwagi na moje oddalenie się autobusem zaatakowali drugiego z nas. Mniejszy, chudszy, świetna ofiara. Zaczął krzyczeć, ktoś podbiegł, dresy uciekły. Miał „szczęście”.

Czytaj dalej