Nie smoleńskiej rzecz jasna. (O tym na koniec.)

Kiedy w listopadzie 2011 zaklepałem sobie swój pierwszy, jednodniowy kurs kowalstwa — nie tyle kurs właściwie, co obwąchanie — nie mogłem się go doczekać. Do tego stopnia, że jeszcze przed kursem rozpocząłem rekonensanse. Pytałem znajomych, czy nie znają jakichś kowali — ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. No i okazało się, że ktoś słyszał i wie — pewien kolega zachęcił mnie do nawiązania kontaktu z niejakim Josephem.

Nawiązywanie rozpocząłem do wybrania się na stronę WWW Josepha, która wyglądała dość kiepsko, ale przedstawione na niej dzieła bardzo mi się spodobały. Pewną wątpliwość wzbudził we mnie fakt, że nie widziałem na niej niczego, co sugerowałoby pracę w kuźni, ale notka biograficzna tak poetycko opiewała „młot, ogień i kowadło” (oraz inne rzeczy) że i tak napisałem maila. Szło to jakoś tak:

Wielce Szanowny Panie Artysto,

niewartżem kurzu spod Pańskich podeszew, jednakowoż wielce chciałbym napotkać Pana i obejrzeć Waszmościne dzieła. Azaliż znalazłbyż Waszmość chwilęmoment celem zaprezentowania mi swej Sztuki?

Ze ścielącym się u nóżek poważaniem,

Przyszły Metalurg

Pan artysta zechciał i spotkaliśmy się o siedemnastej. O dwudziestej miałem z kimś kolację (oraz randkę) na drugim końcu miasta, ale uznałem, że dwie godziny na pewno wystarczą, aby obejrzeć wszystko. Nie wystarczyły. Mistrz tworzył bowiem w metalu, żywicy, szkle, gipsie, kamieniu, drewnie, skórze, tkaninach wszelakich oraz kombinacjach wyżej wymienionych (z pewnością o czymś zapomniałem). Moje oczy otwierały się szerzej i szerzej, a szczęka opadała do podłogi. Aż w pewnym momencie otwarły się zapewne na tyle szeroko, że moja intuicja wyjrzała, obrzuciła mistrza spojrzeniem i zawyrokowała:

— To TEN.

— Jak to ten? — zdziwiłem się.

— TEN jedyny, TEN, no, głupi jesteś? TEN i tyle.

Doznanie — po godzinie znajomości — było, powiedzmy delikatnie, nieoczekiwane. Oraz oparte na konkretnie niczym. Tak więc zignorowałem intuicję, ale nie mogłem zignorować faktu, że rudo-siwy artysta w typie Wikinga rzecz jasna MUSIAŁ mi się spodobać.

Zbrojmistrz, który wtedy nie był jeszcze moim Zbrojmistrzem, tylko obcym facetem robiącym niesamowite rzeczy, opowiedział mi historię. Miałem mianowicie na twarzy zrobioną z kolczugi maskę, która kończyła się tuż nad ustami. Joseph zaś miewał co jakiś czas rodzaj randki polegający na tym, że ktoś przychodził do niego, rozbierał się w przedpokoju, zakładał maskę, wchodził do pokoju, dostarczał Zbrojmistrzowi… jak by to ładnie… rozkoszy oralnej, po czym wychodził. Nie odbywało się w ogóle nic innego, rozmowa, przytulanie, pocałunki, etc. Maska była w użyciu na żądanie gościa i służyła temu, żeby go nie rozpoznano — zapewne gość był żonaty, znany z TV, był księdzem katolickim lub był to Jan Maria Rokita (y otros, y otros) (żartuję, kto by nie rozpoznał Jana Marii Rokity) (y otros, y otros). W każdym razie ważnym fragmentem tej historii jest fakt, że Joseph nie dowiedział się nigdy, czy da się całować z osobą przyodzianą w strój.

Bezczelnemu pancurowi łysnęło w oku i natychmiast zasugerował:

— To może sprawdzimy?

Był to okres mojego bipolarnego „haja”, okres, w którym nikt i nic nie mogło mi się oprzeć, a świat służył zaspokajaniu moich zachcianek. Nie oparł mi się również artysta. Całował się, jak się okazało, bardzo dobrze. I zapewne sprawdzilibyśmy, co jeszcze da się w tej masce robić, albo i bez niej, gdybym ja już nie miał tego wieczora randki. Tak więc ustaliliśmy, że spotkamy się niedługo celem kursu robienia kolczugi dla mnie — i być może celem innych ciekawych zajęć — i poszedłem sobie.

Zbrojmistrz powiedział mi pięć miesięcy później, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Ja tak naprawdę też, tyle, że odmówiłem przyjęcia tego do wiadomości. Co gorsza, zamiast tego trzymałem się Drwala, który był bezpieczny, bo nudny i przy którym intuicja mi nie pikała. Bo łatwiej być z kimś, kto nas nudzi, więc nie skrzywdzi odchodząc, prawda? Tak więc Josepha, zamiast tego, dołączyłem do swojego haremu, spotykałem się z nim na seks, pogaduszki, kino, kolację i rozmowy o sztuce. Z produkcji kolczug dużo nie wyszło, bo okazało się, że to okropnie nudne zajęcie dla osób posiadających tzw. „cierpliwąść”, czy jak to się tam pisze. Cierpliwość przydała się Zbrojmistrzowi również dlatego, że po mniej więcej miesiącu spotykania się z nim powiedziałem mu, że nie szukam nikogo na stałe i między nami nie będzie niczego więcej, niż tylko seks i przyjaźń. Zresztą, na stanowisku „stałego” był Drwal.

Z Drwalem, jak wiadomo, nie wyszło, po części dlatego, że pewnego dnia odkryłem coś dziwnego. Siedziałem otóż na kanapie z tym przystojnym, brodatym, rozłożystym, nudnym facetem, on oglądał telewizję, a ja… myślałem o Josephu. Myślałem o tym, że to z nim wolałbym spędzać czas. Ciekawe, co porabia. Ciekawe, czy czasami o mnie myśli. Co też robi. Co też tworzy. Co by powiedział, gdybym mu powiedział, że go ko…

W tym momencie intuicja, rzecz jasna, zarechotała i wyciągnęła rękę po 10 euro, które byłem jej winien.

Tak się złożyło, że 1 kwietnia odbyłem sesję fotograficzną dla niderlandzkiej gazety, a potem pojechałem prosto do Josepha, żeby mu powiedzieć, że zmieniłem zdanie i jednak bardzo bym chciał, żeby był moim chłopakiem. I co on na to. Spodziewałem się reakcji w stylu „no nie wiem, przecież sam mówiłeś, zastanowię się”. Otrzymałem natychmiastową, entuzjastyczną zgodę. I tym oto sposobem półtora tygodnia temu stuknęła nam oficjalna rocznica, w okrągłą i łatwą do zapamiętania datę. Rok po tym wesołym wydarzeniu żaden z nas wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście. Bo, widzicie, wygląda na to, że moja intuicja miała rację.

Nie pisałem o tym na blogu, bo było mi zwyczajnie głupio. Przeczytałem sobie ostatnio zapiski z poprzednich lat — powiedzmy delikatnie, że moje wybory miłosne nie były zbyt mądre. Z Wikingiem i DJem głównie się kłóciłem, po czym wymyślałem dla nich długie i zawiłe usprawiedliwienia. Po stronie plusów dodatnich zapisać mogę to, że nie spędziłem z żadnym z nich np. 20 lat, tylko związki kończyły się w miarę prędko. A jednak — nawet przed Wikingiem był niejaki Olivier, który podobnie jak DJ miał wszystkie podręcznikowe objawy narcyzmu. Wiking cierpi na zaburzenie kompulsywno-obsesyjne. Czemu zakochałem się akurat w nich?

Zbrojmistrz nie wydaje się posiadać żadnych zaburzeń oprócz jednego, irytującego jak cholera. Jest mianowicie podle zdolny manualnie. Szyje, gotuje, rzeźbi, wylewa z plastiku, robi kolczugi i kamizelki z łusek metalowych, a jeśli czegoś nie umie zrobić, to sprawdza sobie w Interwebsach i już umie. Mi nauka przychodzi mimo wszystko z trudem, chociaż po ponad roku daje bardzo wymierne rezultaty. Dla niego wszystko, co robi, jest łatwe. A jednak zaczęliśmy już pracować razem, może dlatego, że się dopełniamy. Ja zrobiłem kalendarz, broszurę, stronę WWW i Facebooka. On zrobił mi płaszcz elfów (premiera 20 kwietnia), liczne dzieła sztuki pokrywające grubą warstwą już nie tylko jego ale i moje mieszkanie, nakrycie głowy z kolczugi i wiele innych rzeczy. A przede wszystkim wprowadził w moje życie poczucie niezmąconego szczęścia — i stabilności. Bo nawet w okresie moich najgorszych „jazd” nie zostawił mnie samego wzorem DJa. Jak szło to powiedzonko ludowe? Prawdziwy jak rudzielec, jakoś tak, zdaje się.

*

Jak się okazało ku zdziwieniu głównie mojemu, debata w telewizji publicznej nie była spotkaniem ekspertów. A jednak upieram się, że przydałoby się, gdyby do ludzi „dopuszczających możliwość” przemówić ludzkim językiem. Zgadza się ze mną Leszek Jażdżewski:

Wyobraźmy sobie, że przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w 2007 roku w czasach rządów PiS w Gruzji rozbija się samolot z polską delegacją z Donaldem Tuskiem, Adamem Michnikiem, Bronisławem Geremkiem, Bronisławem Komorowskim i Markiem Belką na czele. Że śledztwo prowadzi zaprzyjaźniona z prezydentem Lechem Kaczyńskim administracja Saakaszwilego, że ustalenia w Polsce prowadzi komisja powołana przez premiera Jarosława Kaczyńskiego z szefem IPN Januszem Kurtyką. Że jej ustalenia okazują się nieprecyzyjne, że śledztwo się ślimaczy, a strona gruzińska nie jest skłonna do kooperacji. Czy w przypadku tak obciążonej dodatkowymi znaczeniami tragedii zaufalibyśmy funkcjonariuszom IV RP, że rzetelnie zajmują się katastrofą, w której zginęli ich przeciwnicy polityczni?

Więcej nic na ten temat nie mówię, już teraz dalszy ciąg programu…

Dzisiaj będę pisać rzeczy niepopularne.

Nie wśród mainstreamu, prawicy, etc. Wśród moich czytelników. Mam jakiś obraz czytelnika tego bloga i mam wrażenie, że przynajmniej dużej części poniższe się nie spodobają. Jestem bardzo ciekaw, czy moje wrażenie jest słuszne.

*

Po pierwsze primo, uważam, że to bardzo dobrze, że dzieło sci-fi Anity Gargas „Anatomia Upadku” zostanie pokazane w TVP. Nie dlatego, że uważam, że prawda leży pośrodku, albo że w ogóle mam w planie ten utwór oglądać. Natomiast podoba mi się bardzo pomysł, żeby to dzieło pokazać w mainstreamie, a potem przystąpić do debaty ekspertów. Zakładam tutaj, że wystąpią prawdziwi eksperci, a nie osoby zajmujące się projektowaniem siedzeń w szybowcach, którym się ubzdurało, że w Smoleńsku rosły trzy brzozy, z których dwie emitowały hel, a dowodzi tego fakt, że Lech Kaczyński miał przy sobie długopis. Debata w TVP, wsparta PRAWDZIWYMI dowodami i przeprowadzona językiem zrozumiałym dla przeciętnego wyborcy ma szansę zredukować o połowę ilość tych, co nie wierzą w ustalenia komisji Millera.

Wiem oczywiście, że jest taka część ludzi, których nie przekona nic i nic im nie pomoże, ponieważ z ich punktu widzenia największym problemem jest to, że zginął Kaczyński, a Tusk żyje. Gdy czytamy, że Tusk jest tchórzem, bo wyjeżdża 10 kwietnia, należy to odczytywać właśnie w ten sposób: Tusk jest tchórzem, bo żyje. Gdyby Tusk tchórzem nie był, postawiłby się przed plutonem egzekucyjnym i zażądał, aby strzelano celnie. Nie ma takiej ilości dowodów, pomników, profesorów i ekspertów, od której temu typowi ludzi skończyłyby się żądania. Gdyby wrak magicznie się do Polski teleportował, złożył w całość i rozpadł jeszcze raz, dowiedzielibyśmy się, że cały ten wrak to fałszywka (ba — byli tacy, co doszli do wniosku, że z Warszawy wystartowały dwa tupolewy). Oni nie pochwalą emisji filmu w TVP, bo TVP powinna film emitować na okrągło 24 godziny na dobę na wszystkich kanałach, z przerwami wyłącznie na orędzia premiera Jarosława Kaczyńskiego. Ale do tej grupy nie trafi nic. Równie dobrze można przekonywać posłankę Pawłowicz, żeby kiedyś pogadała z grupą miłych LGTB, którzy ją będą przekonywać o prawdziwości swoich związków.

*

Po drugie primo, jak wiadomo, jestem feministą. Dlatego właśnie denerwuje mnie okropnie, gdy osoby określające i podpisujące się mianem feministek dopuszczają dla kobiet tylko jeden wybór: pełną emancypację.

No więc nie. Wybór — to wybór. To proste stwierdzenie wydaje się nie do pojęcia zarówno korwinistom, jak i „feministkom”. Wstawiam to określenie w cudzysłowy, bo jest tak naprawdę kolejną wersją patriarchatu, tyle, że odgórne polecenia przychodzą z innego miejsca. Kobieta ma robić to, co JA jej mówię, bo JA wiem lepiej, a jak jej się nie podoba, to znaczy, że jest głupia i nie umie dokonać właściwego wyboru. Nie mogę strawić pogardy zawartej w tym stwierdzeniu, a dodatkowo stwierdzenie owo robi nam feministkom bardzo zły PR. Agnieszki Graff było trzeba żeby powierdzieć głośno: my, feministki, wcale wszystkie nie uważamy, że Terlikowska to gópia kura domowa. Bo my, feministki, nie jesteśmy Terlikowską i nie wiemy, co ją uszczęśliwia i czego ona chce lepiej, niż ona sama. A w odróżnieniu od męża, pani Małgorzata nie stawia sprawy na ostrzu noża mówiąc „wszystkie kobiety mają siedzieć w domu i rodzić dzieci co 12 miesięcy”, mówi tyle, że szkoda, że Kościół nie chce kobietom dać tego wyboru. No więc ja żałuję, że nie wszystkie feministki chcą go kobietom dać.

Znam pary hetero i homo, w których jedno z partnerów zostaje w domu. Bo tak chcą. Ba, znam parę hetero, w której to mężczyzna został przez jakiś czas w domu z dziećmi, bo kobieta zarabiała więcej. I to była ich wspólna decyzja, która po kilku latach się zmieniła, bo to on dostał propozycję wyższych zarobków. To jest dla mnie właśnie feminizm. Kobiety i mężczyźni w oczywisty sposób się różnią: jedno ma sisiorka, a drugie ma wedżajnkę. Jedno generalnie podnosi ciężary łatwiej (chociaż też nie zawsze), a jedno karmi piersią. I tyle. Trochę mają inną kompozycję hormonalną, co w pewnym stopniu statystycznie różnicuje im upodobania. Lecz! Są kobiety, które lubią seks. (Escandalo!) Są takie, które chadzają na seks-imprezy, uprawiają seks za pieniądze, a na proszonych kolacjach opowiadają sobie o tym, co ostatnio robiły w łóżku. No dobrze, nie w łóżku, w szopie ogrodowej na stole. (Poważnie, znam je osobiście.) Są takie, które chcą być żonami i matkami i wychowywać dzieci. Są takie, które chcą uprawiać wspinaczkę wysokogórską. Są takie, które chcą pisać poematy o różach i małych uroczych zwierzątkach. I to WSZYSTKO jest OK, dopóki ktoś ich do tych rzeczy nie zmusza. A czy ten ktoś jest korwinistą, feministką, mężem, kochanką, dzieckiem czy ojcem, to jest mi już wszystko jedno.

A żeby jeszcze dobić na koniec, mężczyźni też powinni mieć pełny wybór, a osoby od „what about teh menz?” uważam za zwyczajnie głupie.

*

Na koniec trzecie primo: nie jestem już ateistą.

Jak się okazuje, można się nawrócić z opóźnieniem. Tyle, że określenie „nawrócić” jest nieco mylące. Dodatkowo, w Polsce kojarzy się tylko z Bogiem, który ludziom zagląda pod kołdrę, lubi, gdy księża jeżdżą mercedesami i piją actimelki oraz posiada osobiste opinie na temat zawartości macic i właściwości lub niewłaściwości istnień ludzkich w zależności od sposobu poczęcia. Te opinie wysyła magicznie za pomocą telepatii wyłącznie do osób, które spędziły kilka lat w seminarium, zostały posłami POPiSu lub słuchają Radia Maryja. Ot, tak sobie wybrał ten Bóg z dużego B, bo jako istota wyższa jest wszakże kapryśny i wszystko mu wolno. (Przepraszam osoby, którym uraziłem właśnie uczucia religijne i proszę o niepozywanie mnie do sądu, gdyż ja tak niechcący.)

Ze swoimi poglądami religijnymi postanowiłem się wyautować z kilku powodów. Nie spodobało mi się otóż, że w Polsce biegli ocenili siłę wiary chętnych do zarejestrowania kościoła Potwora Spaghetti i uznali, że siła wiary jest zbyt niska, a kościół zbyt rubaszny. Czy siłę wiary zmierzono wiarometrem w kilodżizuskach? Tego nie podano, a ja bym chciał wiedzieć. Nie potrafię zmierzyć swojej siły wiary i w ogóle mnie to nie interesuje. Cudza siła wiary też mnie nie interesuje. Moje wierzenia są moje, a moich uczuć religijnych nie można urazić, bo nie jest to coś, na co mieliby wpływ inni ludzie. Nie rusza mnie darcie świętych ksiąg, odsądzanie mnie od czci i wiary (chłe chłe, czci; chłe chłe, wiary) ani obrzucanie wyrzeźbionych z drewna figur pomidorami.

Terry Pratchett przepięknie skomentował w „Pomniejszych Bóstwach” kwestię ksiąg jedynych. W książce występuje, zdaje się, bibliotekarz, który ma kolekcję religijnych ksiąg. Każda z nich na pierwszej stronie ostrzega, że jest tą jedyną prawdziwą!!! a wszystkie pozostałe to łgarstwa, oszczerstwa i bluźnierstwa!!! i bibliotekarzowi wydało się, że tak uroczo wyglądają wszystkie razem, koło siebie. Religie i święte księgi postrzegam podobnie do Pratchetta. A kup sobie jedną z nich i trzymaj w domu, nie musisz ich wszystkich stawiać koło siebie i uprawiać pluralizmu. Od mojego łóżka, mojej macicy, mojego dziecka, szkół, urzędów i parlamentów wszakże racz się łaskawie odpimpusiać, w przeciwnym razie Thor będzie uprzejmy zesłać ci znak, że się mylisz. A Thor nie jest bóstwem, które wierzy w symbolikę ulotną i trudną do zinterpretowania, więc symbolem dla szanpana lub szanpani może być spadający na głowę ciężki przedmiot w kształcie młota.

*

Na tym swe bluźnierstwa (chłe chłe, bluźnierstwa) zakończę i niewielu pozostałych czytelników, którzy przy tej notce nie eksplodowali zapewnię, że to nie jest spóźniony Prima Aprilis. Dodam też, że w notce następnej planuję pisać NIE o polityce, NIE o Smoleńsku i NIE o bankach. Bo tak się złożyło, że ze Zbrojmistrzem stuknęła nam rocznica, a ja na blogu, który miał być o miłości chyba nigdy nie napisałem o naszym spotkaniu.

Jakiś czas temu w komentarzach pewna czytelniczka przypomniała mi o moim pierwszym blogu o depresji.

Moja depresja zamanifestowała się po raz pierwszy w roku, zdaje się, 2004. Zdaje się, ponieważ mój główny antydepresant niestety popsuł mi pamięć długotrwałą i daty stanowią dla mnie zagadkę. Ale stary blogasek twierdzi, że 2004, a komuż innemu mam wierzyć. Że się zacytuję:

W ciągu dwóch miesięcy przeżyłem zerwanie z chłopakiem, który przestał mnie kochać, zaś ja jego nie; wyprowadzkę przyjaciółki; śmierć babci. Mniej więcej w tym czasie też zmieniałem pracę, co nie było smutne, ale za to stresujące i być może miało jakiś wpływ, a być może nie. W każdym razie były to pierwsze miesiące roku 2004 i jednocześnie pierwszy z najgorszych okresów mojego życia; pierwszy raz, kiedy w myśli najpierw, a potem na jawie użyłem wyrazu „depresja”.

Nie wszystko pamiętam, ale to akurat bardzo dobrze: czułem smutek tak potworny, tak głęboki, że kojarzył mi się z powolnym pożeraniem własnego ogona. Ból, jaki czułem, kiedy miałem złamany obojczyk, czy też po pięciu godzinach tatuowania w ogóle nie da się z tym porównać, chociażby dlatego, że po jakimś czasie wygasa; chociażby wieczorem, kiedy kładłem się spać, dawało się ułożyć w takiej pozycji, że prawie nic nie bolało. Ten ból trwał bez przerw i ani trochę nie robił się lżejszy. Teraz już wiem, że smutek trwający ponad trzy tygodnie jest już wskazaniem, aby wybrać się do lekarza. Wtedy nie wiedziałem.

Zacząłem myśleć o samobójstwie. Ta myśl, paradoksalnie, podtrzymywała mnie na duchu: leżałem w łóżku z szeroko otwartymi oczami i myślałem, patrząc w sufit: do balkonu mam może dziesięć kroków, a w ogóle to i tutaj mam okno, które mogę otworzyć, szóste piętro, powinno wystarczyć… Myśli samobójcze powoli opanowywały mój mózg (tak, wiem, jak dramatycznie to brzmi). Zaczęły mi towarzyszyć nie tylko przed uśnięciem (które następowało coraz później), ale też tuż po obudzeniu, podczas posiłków, w toalecie i przy pracy.

Długi cytat, ale przydatny, żeby zrozumieć, jak się wtedy czułem. Nie przychodziło mi w ogóle do głowy, że może dla mnie istnieć jakakolwiek nadzieja. Że to może być choroba, i co więcej, że coś z nią można w ogóle zrobić. Że może mieć więcej powodów, niż tylko bezpośrednio identyfikowalne trzy, które wymieniłem na początku — na przykład, że te powody mogą być związane z moim dzieciństwem, latami tortur szkolnych, faktem, że mój ojciec nie był zainteresowany poznaniem własnego dziecka. Depresja była wtedy w szczycie rozwoju i na etapie, na którym nie daje się funkcjonować. Godzinami leżałem na podłodze, myśląc tylko o tym, jak bardzo gównianym człowiekiem — człowiekiem? szmatą, strzępem — jestem. Podlewając depresję, hodując i pieszcząc, bo tymi myślami się właśnie żywiła. I w jakiś sposób było mi z tym bardzo dobrze. Bo wreszcie znalazłem dla siebie tożsamość. Tożsamość Nieszczęśliwego Biedactwa.

Na starym blogasku wspominam:

Poznałem pierwszą w moim życiu osobę, która również była chora na depresję: F. To jej powiedziałem jako pierwszej, jak się czuję i po raz pierwszy odczułem zrozumienie. F. nie wierzyła w skuteczność leczenia, co było dla mnie powodem, żeby nawet nie próbować szukać pomocy lekarza. Zresztą po co? Przecież wystarczy wziąć się w garść, a skoro F. i ja tego nie potrafimy, to pewnie jesteśmy po prostu bardzo słabi, żałośnie słabi, tak słabi, że nie zasługujemy na życie.

Gdybym wtedy poznał inną F., taką, jaką jest dzisiaj, byłoby inaczej. A może nie? Depresję można potraktować jak alkoholizm. Alkoholik nie jest na ogół szczęśliwy z faktem, że pije. Jest świadom na jakimś tam poziomie, że nie jest dobrze, ale znajduje usprawiedliwienia: przecież szefowa się skrzywiła, przecież żona powiedziała „nie pij Stasiu” — znaczy zdradza, przecież kot parsknął. Przecież jest ładna pogoda, trzeba za to wypić. Przecież nie piłem wczoraj. Jutro nie wypiję. Tylko jedno piwo, góra dwa. No, trzy. I nie będzie mi byle kto mówić, że mam problem! Wyleczony alkoholik, który się zarzeka, że jemu 12 kroków pomogło nie wie, jak potworne jest moje życie, jak podła żona i wredny kot! Niech oni wszyscy się ode mnie odpierdolą, bo ja nie mam żadnego problemu, za co wypiję teraz flaszkie ze Stefanem.

Depresja wciąga podobnie. Zaczynamy od „jest mi smutno”. Potem nadchodzi „jest mi okropnie”. Potem nadchodzi „nie mogę wstać”. Mało jest osób, które NAPRAWDĘ nie mają dostępu do informacji o depresji, do pomocy lekarskiej, do terapii; które nigdy nie napotkały na swojej drodze jakiegoś artykułu w Super Ekspresie o tym, że „celebrytka Ania Pipsztycka cierpi na depresję, wewnątrz numeru galeria zdjęć”. Ale depresja jest znajomym bajorem z brudną wodą. Na zewnątrz bajora jest strasznie. Tutaj śmierdzi kupą, jest brunatno i zimno, ale ZNAM ten smród i ten mrożący chłód. A za rogiem może się czaić… coś innego. I nieważne, co to jest i jak wiele osób do mnie woła „hej, Ray, chodź do nas, tutaj jest plaża, słońce świeci i rozdają darmowe drinki z parasolką”. Oni mogą kłamać. Albo ja się zgubię po drodze. A w ogóle nie lubię plaży. Zostawcie mnie w bajorze. Nigdzie nie idę. Terapia mi nie pomoże, leki mi nie pomogą, nic mi nie pomoże. Tu zostaję i nie mam żadnego problemu, oprócz tego drobiazgu, że świat jest podły, ludzie mnie nie rozumieją, kot parska, a pogoda jest za ładna i to z jej strony bardzo niemiłe.

F. i ja utwierdzaliśmy się nawzajem w przekonaniu, że poza bajorem nic nie ma. Aż któreś z nas poszukało w końcu pomocy. Nie pamiętam, które. I zaczęło się… trzeźwienie. Odnajdywanie życia wolnego od bajora. Od bajora, które kusiło za każdym razem, gdy życie robiło coś, co życie potrafi zrobić. Gdy pojawiał się nadmiar stresu, nadmiar pracy, w końcu wypalenie. Powtarzanie tych samych zachowań, które wyniosłem z dzieciństwa, tyle, że w nieco innej formie. Znajdowanie podświadomie sposobów, żeby odtworzyć wzorce niby to wyplenione dwoma latami terapii; powodów, żeby móc skręcić w stronę, z której kusi znajomy zapaszek. Żebym musiał wylądować w bajorze. Bo przecież jest tak źle i świat jest taki podły, ludzie okropni i głupi, że biedna ofiara Ray musi być nieszczęśliwa. „Co u Ciebie?” — „A nawet nie pytaj, pies obsikał moje diamenty, drzewo spadło na Mercedesa, a nagrodzony złotym medalem kanarek zeżarł kanapkę z masłem orzechowym i nie mam lunchu”. Dwa lata terapii nauczyły mnie identyfikować własne zachowania tego typu i dusić je w zarodku, a i tak udało mi się wrócić w depresję w 2011 roku, ponieważ mając świadomość, że moja praca i mój szef doprowadzają mnie do załamania nerwowego pozostałem w tej sytuacji. Bo to bajoro było znajome. Owszem, było to bajoro większe, niż to z 2004 roku. Śmierdziało końskim nawozem, a nie krowim, a nad wodą rosły nawet pokrzywione roślinki. Kto by opuszczał tak zajebistą miejscówę?

Kolejny nawrót depresji w lipcu 2012 zaskoczył mnie, bo tym razem NAPRAWDĘ go nie rozumiałem. Nie było negatywnych myśli. Natężając się, ciągle nie czułem dziwnych zapachów z bajora zostawionego, zdawałoby się, daleko za mną. Jak się okazało, jeśli nie cierpi się na depresję, tylko chorobę dwubiegunową, takie rzeczy mogą się przydarzać same z siebie. Ale moją reakcją w październiku, po diagnozie, był sprint do bajora. Wracamy do znajomego i to PRĘDKO!!! Mój smrodek!!! Mój ukochany!!! Nic innego nie może mi pomóc!!!

Pięć miesięcy minęło od diagnozy, a ja zajmuję się nauką nowego życia. Wiem już, jak się kończy niespanie po nocach (skokami nastroju), spanie 10 godzin (depresją), wypicie więcej, niż dwóch piw (depresją), niechodzenie na siłownię (depresją), picie kawy (brakiem snu), nieudana próba zrobienia zamówienia dla klientki, o której nieuczciwości mnie ostrzegano (myślami samobójczymi). Wiedząc te rzeczy nie mam wymówki, żeby móc je powtarzać. Wiem też, że bajorko czyha. Smrodek kusi. Znany mój odór kochany. A przede mną nowe wyzwanie: zwalczyć tę pokusę, unikając walki zbyt intensywnej, mogącej mnie wtrącić do bajorka okrężną drogą. Robienie zleceń — to już wiem — chwilowo odpada. Kuźnia — to już wiem — pomaga. Jednego nie zrobię na pewno; nie poddam się z własnej woli. Bo od 2005, kiedy użalałem się nad tym, jaki jestem biedniusi w moim bajorku i jakie to okropne, że świat nie przyjeżdża ze spychaczem i koparką budować plażę w miejscu, w którym ja leżę, tylko złośliwie wybudował ją 500 metrów dalej, minęło dużo czasu. Nową diagnozę dostałem w październiku, poużalałem się trochę, a teraz wystarczy. Idę się poopalać.

013Rzuciłem okiem na posty i wygląda na to, że nie pisałem o tym, dlaczego akurat kowalstwo, a nie rzeźba w ziarnach ryżu, szydełkowanie lub gotowanie na parze. Jeśli mylę się i jednak o tym pisałem, zaznaczcie sobie notkę jako przeczytaną i udajcie się gdzie indziej 🙂

Kowalstwo nie było nigdy moim marzeniem. Może dlatego, że nigdy nie postrzegałem tego jako kariery możliwej w rzeczywistości. Nikt przecież nie zostaje kowalem w XXI wieku. W XXI wieku zostaje się programistą lub specjalistą od sołszjal medja. Ewentualnie menedżerem, prawnikiem, bankowcem, może lekarzem. Pozostałe zawody są zawodami ginącymi. Przyszłość ma wyłącznie praca z komputerem.

Pomyliliśmy się — my, świat — w skali makro. Otóż przyszedł wolny rynek i wyrównał. W roli wolnego rynku wystąpiły Napster, Astalavista, darmowe informacje w portalach informacyjnych oraz torrenty. W ten oto sposób wolny rynek wyrżnął 3/4 przemysłu muzycznego, 9/10 dziennikarstwa, niemal całą branżę porno, a w następnej kolejności wyrżnie wysokobudżetowe seriale i filmy. Oczywiście super jest oglądać „Grę o tron” z torrentu bez kupowania abonamentu HBO, ale HBO nie kręci tego serialu i wszystkich innych z dobrego serca, tylko dla pieniędzy. W skali mikro natomiast nie spodziewałem się, że przydarzy mi się wypalenie zawodowe i będę musiał wymyślić inny zawód, niż jedyny, jaki w życiu wykonywałem.

Pani psycholożka od outplacementu wyznaczyła mi kilka zadań, w tym wypisanie 15 power moments — chwil w moim życiu, kiedy czułem się najlepiej. Zawodowo i niezawodowo. No i wypisałem różne rzeczy, z których wyszło mi między innymi, że wolę sam zapracować na swój wynik, niż żeby składał się na niego wkład x osób. Lubię być odpowiedzialny za to, co powstaje w efekcie, innymi słowy. Lubię pracować rękami, chociaż nie bardzo umiem. Koniecznie muszę wykonywać zawód twórczy, nic innego nie wchodzi w grę (a w szczególności nie management). No i kocham ogień, co napisałem niejako ze wstydem i przeprosiłem panią psycholożkę, a ona mnie lekko opieprzyła za przepraszanie.

Zanim zdążyliśmy wyciągnąć z tego jakieś wnioski, ja już się zdążyłem wybrać na warsztat kowalstwa u Svena. Do tej pory wspominam to jako jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Może też najciężej przepracowanych. Dopiero po tym dniu dopuściłem nieśmiało myśl, że kowalem można po prostu być, że to może być sposób na życie. Musiałem ją dopuścić, bo poznałem Svena — zawodowego kowala lat 31 z kuźnią na parterze, mieszkaniem na piętrze, kolekcją winyli, gramofonami DJskimi, młotem pneumatycznym imieniem Smurf i magnesem „Normal people scare me” na lodówce. Po powrocie z warsztatu musiałem się w zasadzie tylko upewnić, że to nie jest kolejny z moich wystrzałowych pomysłów typu „chcę gitarę elektryczną! eee, do dupy z tą gitarą! ała, wyjmijcie mi gitarę!”, ale od pierwszego kopa czułem, że to jest TO.

Pani psycholożka niepewnie próbowała sugerować, żebym może wymyślił coś jeszcze, a nie wybierał pierwsze, co mi wpadnie do głowy, ale dość szybko połapała się o sile mojego uzależnienia i zaniechała oporów. To, że napędzał mnie bipolar, pozostało niezauważone, ale wcale tego nie żałuję. Dzięki temu napędowi udało mi się nawiązać znajomość z paroma kowalami, w tym uroczym anarchistą, z którym pracuję do dziś; wybrać się na kurs w Polsce; zdobyć całe doświadczenie, jakie zdobyłem do tej pory; a przy okazji poderwać Zbrojmistrza, bo spotkaliśmy się również w związku z kowalstwem.

Moje zmagania ze samym sobą, depresją i innymi rzeczami powodują, że cel mojego istnienia generalnie ewoluuje. Zawsze cierpiałem na przykrą chorobę, jaką jest perfekcjonizm, tak naprawdę dopiero ostatnio trochę sobie odpuszczam, a i to zgrzytając zębami. Ciężko mi odpuścić „bycie najlepszym kowalem na świecie, a przynajmniej w Europie”. Aktualnie, po kolejnym fantastycznym dniu w kuźni, mam cel prosty: być kowalem szczęśliwym. Sądząc po tym, jak się czuję dzięki tej pracy, jeśli tylko dane będzie nadal ją wykonywać, szczęście samo się pojawi.

Wpis zainspirowany tym oto listem czytelnika do gazety.pl. Pozdrowienia dla czytelnika od mgra inża matematyki nigdy do niczego niestosowanej 🙂