Byłem ofiarą szkolnej przemocy.

Ciężko się wraca we wspomnieniach do tego etapu życia. A przecież ponad 20 lat temu to było. Nadal nie bardzo umiem o tym mówić.

Czytelniczka gazety nadesłała list:

Z moich wspomnień i opowieści rodziny, byłam wszechstronnym, otwartym, pogodnym i ciekawym świata dzieckiem. Nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Jednak moją naczelną winą było to, że od wczesnego dzieciństwa byłam gruba. Z radosnego podwórkowego dzieciństwa jako krągły dzieciak poszłam do podstawówki. Nie rozumiałam, gdy nagle zupełnie obce dzieci wyzywały mnie zawzięcie „gruba”, „gruba świnia”, „sumo” – na przerwie, w klasie, na WF-ie, na podwórku i podczas powrotu ze szkoły.

Nagle okazało się, że wszystko czego dotykam jest zakażone, że siedzenie ze mną w ławce to najgorsza możliwa hańba, że zawsze zostaję na końcu podczas wybierania do zespołów na WF-ie, że wreszcie nie mam imienia – bo powszechnie woła się na mnie „gruba” lub „świnia”.

Doskonale pamiętam te same przeżycia. Byłem jako dzieciak leczony hormonalnie, a leczenie spowodowało niekontrolowane tycie. Organizm zatrzymywał wodę, ale nikt mi tego nie wytłumaczył, ani nie powiedział, jak sobie radzić. Toteż radziłem sobie tak, że nie jadłem. W szkole nie jadłem obiadu, w domu mówiłem, że jadłem już w szkole. A jednocześnie miałem dwie babcie, zajmujące się dokarmianiem. Babcie — że tak delikatnie powiem — nie gotowały zdrowo, za to bardzo smacznie. Dużo gęstych sosów, tłustych miąs, te klimaty. Opierałem się, ale słabo, bo i skąd miałem mieć siłę.

Do każdej gry w piłkę wybierano mnie jako ostatniego. Czasami, gdy jeden z moich „kolegów” miał wyjątkowo dobry humor, przedostatniego. Stawałem na bramce i mrużyłem oczy, żeby przez okulary wypatrzeć podczas mżawki gdzie znajduje się piłka. Piłki, w ogóle, się bałem. Bałem się spotkań z „kolegami” w korytarzu szkoły. Bałem się, że naczelny szkolny oprawca poczuje chęć skopania mnie, a tak sobie, bo akurat dawno nikogo nie skopał.

W klasie panowała wyraźna hierarchia dziobania. Na samej górze samiec alfa, najlepszy w piłce i najlepiej zbudowany bydlak, który mógł bić wszystkich. Potem jego klika pomagierów, drani podobnego rodzaju, ale wyraźnie bardziej spłoszonych, którzy mogli bić wszystkich oprócz samca alfa. Potem osoby starające się nie stawać po żadnej stronie, potem ofiary kalibru mniejszego i na końcu ja. Grubasek w okularach. Jedyny taki w klasie. Wystraszony dzieciak, którego wielką winą była inteligencja. Dzieciak, któremu nauka wszystkiego przychodziła z wielką łatwością. Nie mogłem być popularny, prawda? Może dlatego tak strasznie wkurwia mnie zakazywanie adopcji parom jednopłciowym „bo dzieci są okrutne i zamęczą”. Nie byłem dzieckiem pary jednopłciowej. Jeśli dzieci mają ochotę kogoś zamęczyć, zrobią to dla czystej podłej przyjemności.

Moja nauka w podstawówce zakończyła się uroczystym rozdaniem świadectw na koniec roku. Wszystkie ósme klasy oklaskiwały kolejnych uczniów, aż nadeszła moja kolej. Pani dyrektor wyczytała moje nazwisko i… zaklaskały nieśmiało dwie osoby, po czym przestały. W ciszy, na gnących się nogach, szedłem odebrać świadectwo. „Może już nie klaskajmy po każdej osobie”, zawołała do mikrofonu pani dyrektor, usiłująca ratować sytuację. Nie pamiętam, co było dalej.

W liceum nie miałem niezwykle zgranej klasy, ale dokonałem wielkiego odkrycia: otóż można chodzić do szkoły i klasa w tejże nie musi się składać WYŁĄCZNIE z osób, które się nienawidzą. Można się — escandalo — tolerować, nieco nawet lubić, czasem spotkać po szkole dla przyjemności. Może nie z każdym. Ale z niektórymi. Może nawet być tak, że w klasie nie ma samca alfa, który leje wszystkich! To było dla mnie ogromne naprawdę odkrycie i być może uratowało mnie od tego, co przydarzyło się cytowanej czytelniczce. „Tuż po maturze wylądowałam w psychiatryku z ciężką depresją i nerwicą, przez te choroby zarwałam rok, nigdy też nie poszłam na studia. […] Pomimo bycia dorosłą osobą wciąż czuję się tamtą grubą ofiarą; zbyt brzydką i zbyt beznadziejną, by cokolwiek osiągnąć, by kogokolwiek sobą zainteresować.”

Jednego z moich prześladowców spotkałem jakieś 10 lat później. Spotkanie nastąpiło w interesujących okolicznościach. Wracałem akurat z przyjaciółką z zakupów w Galerii Mokotów, byliśmy obładowani fajnym drogim żarciem i ciuchami, wybieraliśmy się do niej robić sałatkę i oglądać filmy z Julią Roberts. Zaczepił nas żul i poprosił o papierosa. Żadne z nas nie paliło. Żul nas zostawił, a przyjaciółka spytała: „Poznałeś go?” Był to jeden z pomagierów samca alfa, chłopak, który bez przywódcy zapewne byłby do zniesienia.

Od tych wydarzeń minęło ponad 10 lat. Era Facebooka, przeglądam konta oprawców. Te same dzieci, które w normalnym świecie powinny być przegrane, całkowicie skreślone za swoje zachowanie względem innych, ciągane z rodzicami po pedagogach za prześladowania innych, nigdy nie poniosły żadnych konsekwencji. Dzięki dobrym wynikom w nauce i uczeniu się w prywatnej, opłaconej szkole były nie do ruszenia; zbierając laury edukacji, zamieniły się dziś w dorosłych ludzi sukcesu. Elitarne licea, skończone dobre, państwowe studia; ciekawe życie, setki znajomych, wspaniałe zdjęcia, podróże, elokwentne komentarze.

Ja mam inne doświadczenia, jak widać już chociażby z powyższej anegdotki. Samca alfa znalazłem właśnie na Facebooku, umawiają się właśnie z jednym z pomagierów na spotkanie. Nie wiem, czy jest człowiekiem sukcesu, bo większość jego konta jest niewidoczna dla nieznajomych. Wiem jedno. Ten przystojny, umięśniony, czarnowłosy koleś o budowie rugbysty aktualnie jest łysiejącym grubaskiem podobnym konkretnie do nikogo, odgrywającym w moim życiu rolę dokładnie zerową. To, co mówiono mi kiedyś, dawno temu, jest prawdą: it gets better. Co nie zmienia faktu, że życzę mu serdecznie, żeby mieszkał pod mostem, pił jabole i jadł surowe szczury. Ale czy chciałbym, żeby jego dzieci były dręczone w szkole? Nie. Jego dzieci nic mi nie zrobiły takiego, żeby im życzyć podobnych tortur.

Zaskoczę Was dzisiaj NIE pisząc o Tusku.

*

Podobnie jak bardzo wiele innych osób od dzieciństwa chciałem napisać powieść.

W grę wchodzą właściwie dwa rodzaje literatury. Jednym jest fantasy. Od dzieciństwa kręcą mnie klimaty rycerskie, miecze, zbroje, jazda konna i tym podobne. Nie chodzi tu bynajmniej o męskość rozumianą jako „gwałcimy, palimy i kradniemy”. Wprost przeciwnie. Bardzo lubiłem od dzieciństwa fantasy w wykonaniu Andre Norton, potem zaś moim ulubionym czytadłem stał się „Ognisty Miecz” Adrienne Martine-Barnes. Autorka ciekawie rozgrywa role genderowe — w zasadzie to główna bohaterka jest pochwą dla miecza-mężczyzny (metafory należy rozumieć dosłownie), ale jednocześnie to ona jest motorem akcji i decyduje o rozwoju wydarzeń. Taniutkie machismo w fantasy powoduje u mnie odruchy wymiotne — Sienkiewicz jest chyba ostatnim (chronologicznie) autorem, któremu gotów byłem wybaczyć przedstawianie kobiet jako piszczących białogłów zajmujących się szyciem i mdleniem. Może dlatego, że jak na grafomana Sienkiewicz był diabelnie utalentowany.

Drugim rodzajem literatury są dzieła znane jako chick-lit gdy piszą kobiety, a jako powieść obyczajowa, gdy to samo piszą mężczyźni. Wśród moich ulubieńców są Marian Keyes i Michael Cunningham; Marian pisze bardziej humorystycznie, a Michael z większą erudycją, ale tak naprawdę oboje tworzą dzieła „o ludziach i o życiu”. Chciałbym umieć pisać coś pomiędzy Marian, a Michaelem — przy czym zapewne bliżej Marian, bo jestem mało poważnym człowiekiem i ciężkie dramaty psychologiczne mi nie do końca leżą.

Jak łatwo zauważyć, jeszcze żadnej książki nie opublikowałem (gdyby było inaczej, zanudzałbym Was tą informacją średnio co 20 sekund, przedstawiał się jako Opublikowany Autor, był znanym telewizyjnym autorytetem ds. wszystkich, etc.) Kiedyś publikowano mnie w „Inaczej”, parę razy napisałem coś na homiki.pl, ale długie formy jakoś mi się nie udają. Po części obwiniam za to zwyczajne lenistwo, po części — to, że moje własne historie przestają mnie interesować w momencie, gdy poznaję zakończenie (co utrudnia redagowanie). Dodatkowo, zdolność koncentracji nigdy nie należała do moich — oooh shiny!

Po części zaś zwyczajny strach.

Jest tyle rzeczy, które mogą pójść źle. Po pierwsze primo, możliwe, że zwyczajnie nikt nie zainteresuje się moją twórczością, począwszy już od wydawcy. Po drugie, wydawca może tak, ale już nikt dalej. Po trzecie, recenzje. Wystawienie ukochanego dzieła na pastwę generała publicznego oznacza wystawienie się na bezlitosny bicz opinii recenzentów i trzeba posiadać pewną gruboskórność, żeby się tego nie obawiać. (Lub, jak Rafał Ziemkiewicz, mieć tak straszne parcie na bycie Sławnym Autorem, żeby w ogóle się nie przejmować niczym innym, w szczególności recenzjami. Stąd kariera wyrażenia „risercz ziemkiewiczowski”.)

Poza tym, tak wiele osób przecież pisze, pisze, pisze. Sam jestem wszak winien tej zbrodni — spójrzcie na moje liczne blogaski, którymi z upodobaniem zawracam głowę setkom, a czasem tysiącom (lecz niestety nie milijonom) czytelników. Notkę blogową zdarza mi się wrzucić w nerwach w ciągu pięciu minut, popełnić w niej idiotyczny błąd i potem żałować, że się odezwałem. Głupio byłoby opublikować powieść, a miesiąc potem dostać uprzejmy list od czytelniczki: „bardzo podobała mi się pana książka pt. Flamingi Jedzą Gruszki, jednakowoż chciałam zwrócić uwagę, że gruszki są dla flamingów trujące”. (Nie sprawdziłem, czy flamingi jedzą gruszki. Z góry przepraszam.) I znowu kłania się risercz ziemkiewiczowski — a tymczasem moje pomysły nie ograniczają się do pisania o Amsterdamie w roku 2013, ba, plącze mi się po głowie historia osadzona w XIX wieku w Islandii. Nigdy nie byłem w Islandii, a w szczególności nie byłem tam w XIX wieku.

No więc (nigdy nie zaczyna się zdania od…) mam całą długą listę powodów, dla których nigdy nie napisałem książki. A jednak nigdy się nie poddałem i nie przyjąłem do wiadomości, że to nie nastąpi. Wszystkie wymienione powyżej powody nie powstrzymały mnie od wymyślania kolejnych historii. Nie mogę się powstrzymać dopisywania historii całego życia osobom, które przeszły koło mnie na ulicy, rozmawiając przez komórkę. Od wymyślania, co też może sobie myśleć ktoś, kto miał do mnie zadzwonić dwa dni temu i — przypadkiem — wymyślania tej osobie całej historii rodzinnej. To się samo robi, a niektóre z tych historii zostają mi w głowie miesiącami, a nawet latami.

Z plusów dodatnich wymienić mogę fakt, że Autorem można zostać w dowolnym wieku. O ile Justinem Bieberem nie zostanę już na pewno, bo jestem za stary, o tyle pisać nadal mi wolno. Więc wciąż nie możecie się spodziewać dnia, ani godziny, w KAŻDEJ CHWILI mogę Was nagle zaskoczyć informacją, że napisałem powieść i co nam pan zrobi.

Wiele ostatnio myślałem na temat pojęcia wyboru i tego, jakie wybory podejmujemy, dlaczego i jak przekładają się one na konsekwencje w naszym życiu. Zaczęło się, kiedy moja przyjaciółka wrzuciła na Facebooka status: „Jedynym ograniczeniem jest Twoja wyobraźnia! …i pieniądze! …i zdrowie! …i inni ludzie!” Zaśmiałem się, ale zostało mi to w głowie i nie pozwalało o sobie zapomnieć.

Przypomniałem sobie o jej statusie, kiedy dostałem odpowiedź na list wysłany do niderlandzkiego urzędu ds. pracy i przychodów w sprawie zasiłku mieszkaniowego dla osób dotkniętych nagłym wypadkiem losowym, np. chorobą. Odpowiedź była odmowna, czego się poniekąd spodziewałem, zaskoczyło mnie natomiast uzasadnienie. Uzasadnienie szło mniej więcej tak: 1) wziąłem kredyt powyżej 100% wartości mieszkania, co było moim własnym wyborem; 2) zakładając firmę nie ubezpieczyłem się od utraty płynności finansowej, co było moim własnym wyborem. W związku z tymi dwoma powodami odmawia mi się zasiłku. Sugestia, dodana przez urząd zupełnie za darmo, brzmi: sprzedać mieszkanie i kupić tańsze.

Nie do końca zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że te rzeczy były moim wyborem. Punkt pierwszy opiera się na założeniu, że ja rozumiałem specyfikę i zawiłości kredytów hipotecznych, przewidywałem globalny kryzys i opierając się na tym dokonałem świadomego wyboru wzięcia kredytu powyżej wartości mieszkania. Rzeczywistość wyglądała, rzecz jasna, nieco inaczej. Kiedy kupowałem apartament, agent nieruchomości zapewnił mnie, że po 5-6 latach sprzedam go z zyskiem, bank nie miał żadnych oporów przed daniem mi kredytu, żadna z tych instytucji nie miała też problemu z przyjęciem swojej prowizji, która ostateczną sumę kredytu rzecz jasna zwiększyła. Żadna z nich również nie przewidywała kryzysu. Natomiast tylko bank otrzymał dofinansowanie od rządu, kiedy już pojawiła się taka potrzeba; ja dofinansowania nie dostałem.

Punkt drugi ignoruje kompletnie specyfikę choroby, którą jest bipolar. Osoba w stanie hipomanii nie dokonuje wyborów tak samo, jak osoba poza tym stanem. Nie twierdzę tutaj, że należy mnie ubezwłasnowolnić i odebrać możliwość dokonywania wyborów, ani — że bipolar jest usprawiedliwieniem dla wszelkich wybryków, finansowych i innych. Zwracam tylko uwagę, że określenie „mój wybór” znowu zostało użyte troszkę na wyrost. Kiedy zakładałem firmę, wiedziałem NA PEWNO, że odniosę wielki sukces, że nie potrzebuję żadnej pomocy, że sprzyjają mi bogowie i że będzie trzeba pracować ciężko, ale na końcu tęczy czeka kufer pełen złota. Nie wiedziałem, że zamiast tego pewnego dnia obudzę się w depresji; nie rozważałem takiej możliwości ani przez minutę. Tak się nie mogło stać. Umysł w hipomanii pewnych rzeczy nie ogarnia. Ale ja to wiem teraz, a nie wtedy, kiedy był czas na ubezpieczanie kredytu.

Dodana za darmo sugestia wzbudza we mnie po połowie rechocik (lubię wszakże czarny humor), po połowie zaś chęć odpisania urzędowi nieco nieuprzejmie. W Amsterdamie w tej chwili nie da się sprzedać mieszkania, chyba, że zaniży się jego cenę o 20-30%. Jeśli to zrobię, będę mógł rzecz jasna kupić tańsze mieszkanie, dzięki czemu będę miał nadal taki sam kredyt, tylko jeszcze bardziej niezabezpieczony wartością nieruchomości. Urząd raczy sobie robić liberalne jaja, proszę szacownego urzędu, i ja rozumiem, że urząd ma dzisiaj PMS i muchy w nosie, ale to nie powód, żeby się urząd natrząsał z chorego.

*

Rzecz jasna, kiedy myślę o podejmowaniu wyborów, nie myślę tylko o urzędach i swoim kredycie (choć przyznam, że temat ten regularnie pojawia się w mych rozważaniach o naturze wszechrzeczy). Bardzo często wybór jest pozorny, podejmowany za nas przez prawników i bankierów, polityków, czy rodziców. Matka skrzypaczki Vanessy-Mae, Pamela, dokonywała za córkę WSZYSTKICH wyborów, włącznie z tym, że Vanessa-Mae miała zakaz krojenia własnoręcznie chleba (bo jeszcze się zatnie). Matka powiedziała jej też „kocham cię, bo jesteś moją córką, ale nigdy nie będziesz dla mnie wyjątkowa jeśli nie będziesz grać na skrzypcach”. Vanessa-Mae zerwała kontrakt menadżerski z matką w wieku lat 21, w nadziei, że uda jej się przywrócić kontaktom z matką pozory normalności. Niestety, zamiast tego Pamela zerwała z córką wszelkie kontakty i nigdy więcej się do niej nie odezwała. Kto tu dokonał wyboru i jakiego? Kto kogo za to obwinia?

W bardzo ciekawym TED Talk Sheena Iyengar opowiada o „Sztuce wyboru”. Nie będę cytować jej wykładu, bo cały jest wart obejrzenia (lub chociaż przeczytania). Pamiętam doświadczenie podobne do opisanego przez Sheenę; wizytę w MediaMarkt celem wybrania telewizora. Powitało mnie dwieście telewizorów w różnych cenach, różnej wielkości, z różnymi rodzajami ekranu, różnymi opcjami teletekstu, zmywania naczyń, pompowania opon w samochodzie i przyrządzania sushi. Rozejrzałem się i poczułem… nie, nie wolność i zachwyt na myśl o wyborze, jaki mi dano. Przerażenie. Kiedy do wyboru są 3-4 opcje, w miarę łatwo jest wybrać, choć ryzykujemy, że żadna nam się nie spodoba. Optymalną opcją wydaje mi się 10, które zawężamy do 2-3 według kryterium ceny/rozmiaru/jakie nam odpowiada. 200 jest liczbą, z której nie jesteśmy w stanie dokonać optymalnego wyboru, zwłaszcza w przypadku czegoś takiego, jak telewizory. Nie możemy ich dowolnie przestawiać, ustawiać obok siebie i porównywać ekranów. Możemy ewentualnie — jak ja — bezładnie biegać po salonie MediaMarkt, czując w głowie mętlik, zapisać sobie losowo wybrane pięć modeli, po czym wrócić do domu, odkryć, że jeden z nich jest w internecie o wiele tańszy i go nabyć.

Było to pięć lat temu, a ja nadal nie wiem, czy to był dobry wybór. Gdy kupowałem mieszkanie w 2008, wydawało mi się to dobrym wyborem. Gdy zakładałem firmę, miałem poczucie, że dokonuję wyboru zgoła najlepszego z możliwych. Z drugiej strony, kariera grafika komputerowego przydarzyła mi się niejako przypadkowo; poznałem właściwą osobę we właściwym momencie i osoba ta skierowała mnie w jakimś tam kierunku. Kowalstwo jest wyborem z miłości, pragnienia i żądzy. Przez pięć lat studiów przebrnąłem w dużym stopniu znudzony jak norka. Nauka kowalstwa — ostatnio, kurs spawania — ekscytuje mnie bardziej, niż cokolwiek kiedykolwiek wcześniej. Mieszkanie w Amsterdamie, zamiast w Warszawie, cieszy mnie potrójnie, gdy czytam o wysokości zasiłku jaki otrzymałbym w Polsce (561 zł) i o ostatnich wyczynach Sejmu. Wyborów dokonałem, ograniczony wyłącznie swoją wyobraźnią! …i pieniędzmi! …i stanem zdrowia! …i przez innych ludzi! Wiele z nich teraz bym zmienił; wieloma będę się chwalić (zapewne) do końca życia. Wiele widniejących na horyzoncie zrzuciłbym z wielką przyjemnością na kogoś innego.

Jak to zwykle u mnie na koniec roku, zebrało mi się na podsumowania i retrospekcje, w ramach których dużo myślę o… DJu.

Myślę o nim z wielu powodów. Po pierwsze, Janet Jackson już zawsze będzie mi się z nim kojarzyć, a słucham jej często i nie planuję przestać. Po drugie, zainspirował powstanie tego bloga. Po trzecie zaś, jest dla mnie niezwykłe, z jaką bezmyślnością związałem się z mężczyzną, na widok którego mrugały wszystkie czerwone lampki i wyły wszystkie syreny. Ba, moja intuicja na jego widok od pierwszej chwili powiedziała z dużą pewnością, że to nie potrwa. I miała rację, tyle, że ja wtedy (prawie dwa lata temu, ależ ten czas pędzi) nie słuchałem jeszcze swojej intuicji.

Wepchałem się w ten mini-związek z uporem godnym lepszej sprawy. Ciężko mi przyznać, ale zrobiłem to ze swojej własnej winy, nikt mnie do tego nie zmuszał, decyzja należała do mnie i nikt mi pistoletu do głowy nie przystawiał. Spędziliśmy trochę czasu na bardzo intensywnej zabawie, trochę na bardzo intensywnych kłótniach, rozstając się i łącząc. Właściwie wszystko w tym związku było bardzo intensywne, a spokojnie spędzaliśmy czas głównie wtedy, kiedy jego niespożyta energia została czymś chemicznie przykręcona.

Z wielu powodów ten związek był mi potrzebny. Zrozumiałem, że „źli chłopcy” nazywają się tak z pewnych powodów. Że czasami można się bawić zbyt dobrze. Że jeśli ktoś chce mnie wykorzystać, to daje się to zrobić w sposób, którego nie zauważę, póki nie będzie za późno. Ale też — że nieśmiałość czasami jest bessęsu. Że mogę podejść do obcego faceta na densflorze i tak po prostu do niego zagadać, a niebo nie zawali mi się na głowę. Że jeśli czegoś od życia chcę, to warto o to życie poprosić, bo jeśli tego nie zrobię, to na pewno nic nie dostanę, a jeśli spróbuję, to jest jakaś szansa.

A jednak coś mnie w tym żre, nawet 16 miesięcy po rozstaniu. Łatwość, z którą się wkopałem w ten kompletnie dla mnie niewłaściwy układ, chociażby. Nie rozumiem, po co mi to było. Spotykałem wtedy wielu innych facetów, kilku z nich wyznawało mi uczucia, czemu zakochałem się akurat w tym? Nie na długo i nie za mocno, ale jednak. Czemu? Od początku czułem, że to nie jest ten, że nie spędzimy razem wiele czasu — może właśnie dlatego? Nie stanowił niebezpieczeństwa, bo nie było możliwości, że za 15 lat skończymy uwikłani w skomplikowany rozwód z podziałem majątku? Chciałbym zrozumieć, o co, do cholery, mi właściwie chodziło.

*

Mój znajomy Mikey (o którym pisałem kiedyś na homikach) poznał swoją dziewczynę Isabelle mniej więcej wtedy, kiedy ja poznałem DJa. Isabelle była rudowłosą, ognistą, szczupłą fotografką, z zamiłowaniem do imprez, alkoholu i prochów. Zupełnie podobnie do DJa, tyle, że on nie był szczupły. Mikey i ja natomiast z narkotyków używaliśmy głównie herbaty, ja byłem bardziej odważny i czasami trafiała mi się kawa.

Isabelle i DJ mieli ze sobą wiele wspólnego, a może zażywane przez nich substancje miały wiele wspólnego. Pamiętam, jak około trzeciego miesiąca od poznania Mikey i ja wisieliśmy przy telefonach, rozmawiając smętnie o tym, że my i nasi partnerzy właśnie ze sobą chwilowo zerwaliśmy i chyba nie pasujemy do siebie, ale w sumie kto wie, a poza tym, co ten drugi myśli o tych dragach i co z tym wszystkim zrobić. Ja wytrwałem jeszcze trzy miesiące, po czym DJ ze mną zerwał, a ja poczułem pół-ulgę, pół-wkurw i NIE próbowałem go odzyskać.

Mikey nie wytrwał. Wrócili do siebie z Isabelle. Po czym zerwali. Po czym wrócili. Po czym zerwali. Cały czas szło o to samo, tylko coraz bardziej intensywnie. On pisał dla niej piosenki. Ona wrzucała na Facebooka swoje zdjęcie z innym mężczyzną i tagowała Mikey’a, żeby NA PEWNO zobaczył. On brał amfetaminę w toalecie w berlińskim klubie i popijał wódką (mówimy o człowieku, który dwa lata wcześniej na widok piwa wzdrygał się z przerażeniem). Ona zwalała mu się na głowę z walizą ciuchów, bo wyprowadziła się od przyjaciółki i musi gdzieś pomieszkać przez dwa tygodnie. A potem znowu zrywali i znowu schodzili się ze sobą, a ostatnie zerwanie miało miejsce, zdaje się, dwa miesiące temu. Zdaje się, bo nie pytałem w tym tygodniu, co się dzieje i coś mogło się zmienić.

W przypływie szczerości powiedziałem Mikey’owi, że strasznie się cieszę, że nie wożę się do tej pory w ten sposób z DJem, tylko zamiast tego mam spokój u boku Zbrojmistrza. Mikey przyznał mi smętnie rację, lecz cóż z tego, gdy rozum swoje, a serce swoje. Moje serce najwyraźniej czegoś się jednak nauczyło.

*

W charakterze epilogu chciałbym dodać, że Janet Jackson właśnie się zaręczyła, a jej narzeczony jest miliarderem, czego wszystkim państwu życzymy.