Za profesorą Moniką Płatek:

O tym, czy prawo działa przekonujemy się, gdy przepis i życie się rozchodzą. I jeśli wtedy brak procedur postępowania, które ukrócają mobbing i molestowanie w zarodku, to pracodawca, który o tym wie i nic nie robi – jest winny i powinien słono za to bulić.

Jeśli profesor łapie za biust studentkę i ona zostaje z tym sama, to wszystkie teksty prawne o niedyskryminacji nadają się z braku toaletowego na papier do kibla. Nie inaczej jest w telewizji i w każdym innym miejscu pracy, gdzie są zależni, podwładni i władni. Redaktor wrzeszczy, obraża się temperamentnie i sprawia, że przed spotkaniem z nim chce nam się rzygać i nie inaczej jest po spotkaniu. Mamy mdłości i wstręt do pracy bo czeka nas jego wrogość, rozbuchane ego, agresja, arogancja, obleśne teksty i gesty. I ciągnie się to miesiącami pomimo, że idziemy z tym do zwierzchnictwa i prosimy, by z tym skończyło. Proponują nam, byśmy zamiast tego skończyli z sobą, znosili lub zmienili pracę. Redaktor więc dalej „wyróżnia” i wybiera. Zaliczy, jeśli zaliczy… też i z uczelni znane.

Pierwszy raz świadkiem dyskryminacji byłem podczas studiów. Pan profesor prowadził ostatnie zajęcia przed egzaminem. Na koniec rzucił: „Panowie niech przyjdą przygotowani, a panie niech przyjdą w krótkich spódniczkach”. Tu zrobił przerwę na chóralny wybuch śmiechu. Sala odpowiedziała mamrotem „heee… heee?” Pan profesor, niezadowolony z efektu, dodał dobitnie „…bo przecież wiadomo, że się nie nauczą.” Kurtyna.

Nie zgłosiliśmy tego nigdzie. Pan profesor był na uczelni grubą szychą. Istniała możliwość, że sam będzie rozpatrywać skargę na siebie. My byliśmy wystraszonymi studenciakami, bojącymi się, że nie zaliczą egzaminu. Płeć męska wytrwale i twardo się uczyła. Płeć żeńska też. Ale na wszelki wypadek dziewczyny przyszły w krótkich spódniczkach. Chcieliśmy skończyć te studia.

Jeden kolega nie skończył studiów w terminie. Pewna koleżanka, nazwijmy ją Lola, bardzo się profesorowi podobała. Wywęszył, że chłopakiem Loli jest Zenio. Zenio oblał pierwszy termin, oblał drugi, powtarzał rok. Nie wiem, co się z nim ostatecznie stało, bo skończyłem studia i kontakt się urwał.

A potem to ja stałem się ofiarą mobbingu w pracy.

Czytaj dalej

7 kwietnia między 15:15 a 16:30 zostanę Holendrem.

Kiedy przyjeżdżałem tu we wrześniu 2006, byłem okropnie cięty na Polskę i odgrażałem się, że wystąpię o obywatelstwo kiedy stuknie mi 5 lat i jeden dzień pobytu. Tak się nie stało. Po części dlatego, że uwierzyłem, że tu mieszkam i nikt mnie nie wyrzuca; po części w związku z dwubiegunówką — wiedziałem już wtedy, że tracę pracę w starej firmie i nie chciałem wydawać pieniędzy na opłatę za obywatelstwo. (Premier Rutte podniósł ją w ciągu dwóch lat z 250 do 821 euro, co jest tylko jednym z powodów, dla których niecierpliwie czekam na wybory.) Tak się jednak złożyło, że pieniądze się pojawiły, mniejsza o to, jak (legalnie, w każdym razie) i ze Zbrojmistrzem uznaliśmy, że warto zainwestować i upewnić się, że tutejsi naziole nie będą mogli mnie stąd w żaden sposób usunąć.

Wizja ta nie jest do końca nieprawdopodobna. W ostatnich miesiącach notowania rządzącej VVD spadły do takiego poziomu, że o wygraną w ewentualnych wyborach (które, o ile nie nastąpi nic niespodziewanego, będą miały miejsce w 2017) walczą VVD (liberałowie), D66 (demokraci, którzy są wszystkim tym, czym SLD nie jest) i PVV — partia, ujmijmy to delikatnie, prawicowa. Lider tej ostatniej, Geert Wilders zasłynął wieloma rzeczami, między innymi stworzeniem pełnego przekłamań filmu „Fitna”, mającego pokazać, jak bardzo muzułmanie nienawidzą niewiernych, oraz zadaniem dramatycznego pytania podczas zlotu kolegów z partii — „czy chcemy więcej Marokańczyków, czy mniej?” na co rozochoceni kolesie odpowiedzieli chórem „mniej! mniej! mniej!”. Pechowo, dla nich rzecz jasna, zarejestrowała to kamera. Co dziwne, notowania PVV ani nie wzrosły, ani nie spadły, a zwolennik rządów białej rasy, Wilders jest pół-Indonezyjczykiem i farbuje sobie włosy na kolor kurczaczkowy. Z jakiegoś powodu jego zwolennicy nie mają z tym problemu. Niemniej jednak włosy włosami, ale szansa, że farbowany blondas zostanie premierem istnieje (o ile uda mu się zbudować koalicję). A jednym z jego celów jest pozbycie się z Holandii Marokańczyków, Rumunów, Bułgarów, Polaków (na których temat co jakiś czas się wypowiada) i generalnie wszystkiego, co nie jest aryjskim blondynem od urodzenia szprechającym w języku taal.

Dzięki paszportowi, o który wolno mi wystąpić 6 dni po uzyskaniu obywatelstwa, pan Wilders będzie mi mógł nafiukać. Ale są i inne pozytywy. Ominie mnie na przykład konieczność dokonywania wyboru między kandydatami Komorowskim, Dudą, Ogórek i Jarubasem (nie do końca wierzę w uzyskanie stu tysięcy podpisów przez pozostałych, no, powiedzmy, że Palikotowi się uda). Nie będę musiał głosować na SLD, czy inne Europy Plus Twoje Ruchy, bo Zielonym znów nie uda się zarejestrować list. Już wyłącznie w ramach humoru zeszytów szkolnych będę czytał, co powiedziała poseł Pawłowicz i co na to odparł poseł Niesiołowski.

Kasper the Friendly Kowal zapytał mnie, po co mi właściwie paszport niderlandzki i bardzo się zdziwił odpowiedzią, która brzmiała: chcę przyłożyć rękę do wykopsania Marka Rutte z fotela premiera. Rutte stanowi skrzyżowanie osobowości Leszka Millera z poglądami Korwina (tyle, że bardziej wyględne). Ciężko pracuje nad rozmontowywaniem państwa socjalnego, którym jest Holandia i odnosi — niestety — liczne sukcesy. Jego koalicjantem jest PvdA, Partia Pracy, która pod wodzą Diederika Samsoma wykonała woltę godną SLD, mianowicie wystartowała w wyborach z programem socjalno-lewicowym, po czym weszła w koalicję z liberałami i zaczęła grzecznie przyklepywać ich pomysły. Samsom, tchórz i oportunista, schował się na wszelki wypadek w cieniu i na stanowisko wicepremiera wystawił Lodewijka Asschera, którego słyszałem na własne uszy w radio, kiedy perorował o tym, jak Polacy zabierają pracę Holendrom. Ta próba sięgnięcia po głosy wyborców PVV okazała się kompletnym niewypałem i aktualnie PvdA ma 40% poparcia, które uzyskała w wyborach, a ja dziwię się, że zostało im aż tyle.

Polska pozostanie krajem mi drogim z powodów oczywistych: tam mieszka moja rodzina, mam tam przyjaciół i znajomych, tam uczyłem się początków kowalstwa. Poza tym, można tam zrobić tanie zakupy. nowe tatuaże za 10% ceny holenderskiej i najeść się porządnego żarcia — z biegiem lat nic się nie zmieniło i Holendrzy nadal nie umieją gotować. Ale nie ma się co oszukiwać — po 8.5 latach pobytu w Holandii żaden ze mnie ekspert na temat polskiej polityki, ekonomii czy rynku mieszkaniowego. Czytam Wyborczą i nie znam osobiście żadnego wyborcy PiS, zatem mój punkt widzenia na sprawy polskie jest w najlepszym wypadku ograniczony. W związku z tym planuję rzadziej się wypowiadać na temat polskiej polityki. Wielkiej straty, jak sądzę, nie będzie.

Na koniec jeszcze coś: okropnie mnie denerwują wpisy na forach o mniej więcej takiej treści: „Cham Komoruski wypędził młodziesz s kraju .Pszes rzondy PO wyjechały dwa milijony za hlebem .Tylko Duda i PiS mogom uratować Polske pszed dżenderem i Rzydami !” Otóż nie, moi drodzy, NIE wyjechałem za chlebem, w Polsce zarabiałem przyzwoicie i było mnie stać właściwie na wszystko, czego mi się tylko zachciało. Wyjechałem, bo miałem dość osób piszących takie pierdoły, ministra edukacji Giertycha, premiera Kaczyńskiego, braku ustawy o związkach rejestrowanych, że o równości małżeńskiej nie wspomnę. Miałem dość alternatywy pod postacią SLD, publicystów w typie Terlikowskiego i Zdorta, Trujki udzielającej miejsca na antenie panu, który ciężko żałował, że jak pobije pedała, to go ukarzą jak za pobicie człowieka, „Wprost” i tym podobnych czynników. Wystąpienie o obywatelstwo niderlandzkie nie wymagało ani chwili zastanowienia, skoro alternatywę stanowiła zbrodnia smoleńska, wyciąganie pieniędzy z OFE, które przecież miały być takim dobrym pomysłem, kredyty we frankach szwajcarskich, protesty górników, KRUS, emerytury policyjne od 35 roku życia, polska państwowa służba zdrowia i zasiłek dla dwubiegunowca wysokości 520 zł (możliwe, że do tej pory wzrósł i wynosi np. całe 600 zł, nie chce mi się sprawdzać). Mając do wyboru (jeszcze wtedy) Tuska lub Kaczyńskiego, wybrałem Ruttego. A teraz zadbam, żeby za długo już nie porządził.

Foto: Mark Rutte, zdj. Nick van Ormondt

Szanowni Państwo,

czas na ekspiację: otóż nie tylko frankowiczom wciśnięto gówno w złotym papierku. W kraju rzekomo cywilizowanym i przepełnionym regulacjami po dziurki w zębach też można wpakować się w kompletnie idiotyczny produkt bankowy, sprzedawany jako Wspaniała Okazja. Służę przykładem. Niestety — własnym.

W roku 2007 wyczytałem na forum dla ekspatów, że jest świetny moment na zakup mieszkania. Ceny idą w górę fafnasty rok z rzędu, wynajmowanie to wyrzucanie pieniędzy za okno, tylko zakup! Gdy kupisz mieszkanie, będzie całe twoje! Będziesz właścicielem ziemskim! Zajrzałem na stronę z ogłoszeniami i pierwszym, na co padło me oko był piękny apartament 10 minut od centrum, z kominkiem i widokiem na park. Kiedy ocknąłem się z omdlenia, dłoń ma śmiało ujęła telefon i zadzwoniłem do agenta, poleconego mi przez koleżankę z pracy.

Apartament z kominkiem niestety sprzedał się w ciągu 20 minut od zamieszczenia ogłoszenia, co zwiększyło moje przekonanie, że należy kupować. Agent roztoczył przede mną cudowne wizje, zaprezentował moją możliwość kredytową wyliczoną z palca na kalkulatorze, po czym wysłuchał moich pragnień (głównie w zakresie lokalizacji, bo chciałem jeździć do pracy rowerem i nie mieć czasu się spocić). Kilka dni później zaprezentował mi pierwszy lokal. Było to miejsce nie do zapomnienia — wyglądało bowiem, jakby ktoś wziął małe mieszkanie i obudował je dookoła czymś w rodzaju tunelu o szerokości metra. Pod prysznicem wystawało wesoło gniazdko elektryczne, zaś w sąsiedztwie znajdowało się li i jedynie przedszkole, którego bliskość jakoś nie wydawała mi się potrzebna.

Drugi apartament spełnił moje wymagania z nawiązką. Marzyłem otóż o posiadaniu mieszkania typu studio, z jedną wielką przestrzenią. Martwiło mnie jednak to, że tego typu mieszkania na ogół mieściły się na strychu, a ja nie lubię schodów. Jednakowoż agent zaprezentował mi studio na parterze. Rzuciłem się na nie warcząc „moje!!!” (byłem wtedy w stanie hipomanii, skąd wiedzieliście?) i zapewniłem go o swojej niezgonnej miłości do lokalu. Kilka dni negocjowaliśmy cenę — którą udało się zbić o pięć tysięcy dzięki temu, że mój agent był, jak mniemam, niezłym pokerzystą — i zapadła decyzja.

Drugi agent, finansowiec, skontaktował się z kilkoma bankami i przedstawił mi ofertę nie do odrzucenia. „To świetne warunki kredytowe,” zachwalał, „lepszych pan nie dostanie.” Zgodnie z jego podpowiedzią zafiksowaliśmy oprocentowanie na 9 lat, jako, że również było „doskonałe, lepszego nie będzie”. Szczegółów kredytu nie poznałem, oprócz informacji, że bazuje on na akcjach i obligacjach, „ale nie musi się pan tym zajmować, niech mi pan tylko powie, czy chce pan grać ryzykownie, czy nie?” Nie chciałem, więc zafiksowaliśmy 50% akcji i 50% obligacji.

Podczas wizyty u notariusza tłumaczono na angielski każdą kolejną stronę umowy. Ale nie kredytowej. Umowy sprzedaży. Umowę kredytową podpisałem poniekąd w ciemno, zachęcany przez mojego agenta, w zbożnym przekonaniu, że skoro go opłacam, to działa na moją korzyść. (Pewnie się już domyślacie, co będzie dalej.) Mój niderlandzki w 2007 roku sięgał wyżyn „ja prosić jajko”. Umowa sprzedaży brzmiała jak umowa sprzedaży, nic wyjątkowego. Wszystko podpisałem, dostałem butelkę szampana (którego nie znoszę, ale przydał się jako prezent), klucze i rozpocząłem remont przy wydatnej pomocy mojego brata.

Po pomalowaniu ścian, położeniu w sypialni wykładziny i nabyciu szafy, regału na książki i paru podobnych utensyliów odkryłem, że popełniłem drobny błąd, kupując mieszkanie do remontu i nie posiadając przy tym pieniądzy na rzeczony remont. Ale co tam, rzekłem rześko, się zdąży. Zamontowałem ogrzewanie, pożyczając część kasy od znajomego Holendra, zrobiłem pół kuchni, wmontowałem w sypialni eleganckie przesuwne drzwi zamiast poprzednio się tam rojących zgniłych drzwi balkonowych, przez które właziły do środka robaki i wilgoć, dokonałem jeszcze kilku ulepszeń, po czym zachorowałem i piniondz nagle dokonał efektownego wyjścia. W międzyczasie zaś huknął kryzys, a ceny mieszkań zaczęły spadać na łeb, na szyję.

Gdy zapytałem swojego agenta nieruchomości co robić, zgodnie z otrzymanym przy zakupie prikazem, aby dawać znać o problemach ze spłatą, agent przesłał mi do podpisu piękne pismo napisane w języku prawniczym. Przed podpisaniem skonsultowałem się z prawnikiem, który chętnie objaśnił mnie, że podpisując daję agentowi 2% prowizji od ceny sprzedaży, a w zamian nie otrzymuję w zasadzie nic, sprzedaż może zostać poczyniona po cenie wedle widzimisię agenta, a resztę długu będę musiał spłacić. Nadąwszy się godnie odmówiłem podpisania utworu i zrobiłem awanturę w temacie „do tej pory byłem idealnym płatnikiem, a jak się pojawia drobny problem, to się na mnie wypinacie”, po czym okazało się, że bank wcale nie żąda sprzedaży — jak mi powiedziano — i że mogę spłacać nieco mniejsze raty, a potem spłacić dług. Tak się też stało, a w międzyczasie, w grudniu 2013, otrzymałem pismo, na którego widok zbladłem. List informował mnie albowiem, iż spłaciłem dwa tysiące siedemset euro, a po trzydziestu latach spłacę według prognoz tysięcy czterdzieści, resztę pieniędzy będąc wciąż winnym. Co do tego, co mam zrobić z długiem wartości 80% mieszkania po trzydziestu latach spłacania rat, bank wesoło sugerował, że mogę je sprzedać. Po schwyceniu kalkulatorka wyliczyłem sobie bez trudu, że przez 30 lat spłacę 40 tysięcy długu i 320 tysięcy odsetek.

Rzuciłem się na umowę kredytową, albowiem w międzyczasie mój niderlandzki nieco się poprawił. Pierwsze, co zobaczyłem, to uroczy rysunek pana niosącego pudła z podpisem WYSOKIE RYZYKO. Następnie dowiedziałem się zaś, że mój kredyt działa tak, że przez trzydzieści lat spłacam odsetki od całości, a samego kredytu w zasadzie nie spłacam (to znaczy spłacam, 53 euro miesięcznie). Szybki google powiadomił mnie, że kredyty tego typu zostały zdelegalizowane dwa lata po moim zakupie, jako wysoce nieetyczne i niebezpieczne zarówno dla banku, jak i spłacającego, przed 2007 jednak były wciskane mnóstwu ludzi, ponieważ agenci dostawali od nich wysokie precyzje.

Od wesołych rozmyślań nad spaleniem BMW mojego agenta (nie wiem, czym jeździ, ale wygląda, jakby lubił BMW) oderwała mnie wściekłość na własną głupotę. Nie jestem w stanie niczego udowodnić, ponieważ o kredycie rozmawialiśmy w cztery oczy, ja powiem, że on mnie zachęcał, on powie, że mnie zniechęcał i proszę, niech sąd rzuca monetą i decyduje. Umowę kredytową miałem w domu, zanim ją podpisałem, nie wpadłem na pomysł konsultacji z osobą znającą język, która to osoba wybiłaby mi z głowy podpisywanie WYSOKIEGO RYZYKA, ponieważ wierzyłem, że opłacany przeze mnie agent pracuje dla mnie. Jedynym owocem rozmyślań był nagle wyrosły cynizm i zgorzknienie, tudzież gorąca nienawiść wobec wszystkich instytucji finansowych na świecie.

Kiedy teraz czytam opowieści frankowiczów i artykuły na ich temat, gorąco kibicuję pomysłowi, żeby przegłosowano ustawę, zgodnie z którą kredyt będzie spłacany po kursie z dnia zaciągnięcia. Nie na koszt podatników. Na koszt banków, których zdaniem zdolność kredytowa w złotówkach wynosiła 200 tysięcy, a we frankach 300. Które zmieniały spready czwartego każdego miesiąca, akurat kiedy przypadkiem wyliczano aktualną wysokość raty, a po wyliczeniu rat zmieniały je z powrotem. Nie wierzę w to, że bank i kredytobiorca są równymi partnerami przy podpisywaniu umowy, chyba, że kredytobiorca ma doktorat z ekonomii i pracuje jako analityk ryzyka (a i wtedy nie dostanie do ręki wewnętrznych regulaminów banku, więc może sobie fiukać). Mnie kredyty we frankach osobiście nie obchodzą, rzecz jasna, na mój kredyt nie będzie to mieć wpływu żadnego, natomiast istnieje niewielka szansa, że wyrównałoby to ryzyko ponoszone przez banki i ich klientów.

A jeśli Amsterdamem wstrząśnie niedługo fala samozapłonów białych BMW, to ja nic o tym nie wiem.

Ilustracja: forbes.com

Feministki zawyły, poinformowała mnie red. Kublik na portalu Wyborcza.pl. Jako feministka rzecz jasna poczułem się w obowiązku dowiedzieć, dlaczego wyję, czy do księżyca i z czym ma to związek. Dzięki magii Internetu rychle dowiedziałem się, że ja i moje siostry wyjemy, albowiem przeraża nas kandydatka Ogórek.

Kandydaturę pani Ogórek na prezydentę 33 1/3 RP można rozpatrywać dwojako. Albo stanowi ona konceptualny żart Leszka Millera, ku czemu przychyla się profesor Wojciech Sadurski, albo też rzeczywiście jest to najlepszy kandydat, jakiego może wysunąć całe SLD. W obu przypadkach właściwą reakcją jest nie tyle wycie, co facepalm. Z powagi urzędu prezydenta nie powinno się dowcipkować. Jeśli (zapewnie słusznie) zakładamy, że Bronisława Komorowskiego i tak nie przebijemy, należy albo zrezygnować z wystawiania kandydata, albo połączyć siły chociażby z Zielonymi i Palikotem i wystawić kandydata wspólnego. W miarę możliwości wykształconego (może nie w historii Kościoła…) i na tyle samodzielnego, żeby potrafił(a) odpowiadać na pytania dziennikarzy podczas konferencji. Podobno najpierw uderzano do Wojciecha Olejniczaka, Barbary Nowackiej i Krystyny Łybackiej. Cała trójka odmówiła. Jak mniemam, Leszek Miller popadł wtedy w desperację i zaczął dzwonić do wszystkich osób, których numery ma w telefonie, pod literą O wreszcie mu się poszczęściło.

Za panią Ogórek zdążyłem się już zawstydzić kilka razy. Lektura o tym, jak to „Józef został moim mentorem” jest doświadczeniem bolesnym. Jej typowo lewicowe postulaty, jak np. powołanie Gwardii Narodowej, obniżenie podatków i ułatwienie zakładania działalności gospodarczej — to drugie w zestawieniu z postulatem zlikwidowania umów śmieciowych (czy pani Ogórek wie, co to jest samozatrudnienie?) śmieszą. Zawyć zechciało mi się, gdy dowiedziałem się, że kandydatka chce napisać prawo od nowa. Nie do końca wiem, w jaki sposób chce to osiągnąć ze swoim wykształceniem humanistycznym, ale wiem, że przed podjęciem decyzji o kandydowaniu nie poświęciła pięciu minut na to, żeby dowiedzieć się, jakie prawa i obowiązki ciążą na osobie pełniącej urząd prezydenta.

Według pani Kublik feministki wyją, bo analizują program pani Ogórek wedle jej płci. Otóż uprzejmie zawiadamiam, że płeć kandydatki kompletnie mi zwisa i powiewa. Marzę za to o kompetentnym, wykształconym prezydencie lewicy. Modelowym niemal, jeśli pominąć pojedyńcze wpadki, prezydentem był dla mnie Aleksander Kwaśniewski, który ładnie się uśmiechał, podawał rączkę bez podpowiedzi żony, reprezentował państwo podczas spotkań z zagranicznymi oficjelami i — znowu, oprócz pojedyńczych wpadek — nie wygadywał głupot i nie obrażał ludzi. Podobny model prezydentury prezentuje Bronisław Komorowski, którego wielką siłą jest to, że bardzo rzadko się o nim pisze. Prezydent nie powinien bez przerwy zajmować pierwszej strony gazety swoimi wyskokami (co automatycznie dyskwalifikuje Janusza Palikota).

Pisząc o pani Ogórek nie mogę rzecz jasna pominąć pana Dudy. Z wielką przykrością stwierdzam, że nadaje się do realizacji postulatów pani kandydatki o wiele lepiej, niż ona sama — ma wykształcenie prawnicze, jest byłym posłem i sędzią Trybunału Stanu, aktualnie jest posłem do europarlamentu. Osobiście na wybory prezydenckie się nie wybieram, ponieważ mieszkam za granicą 9 lat i istnieje możliwość, że do wyborów stracę obywatelstwo polskie, ale na papierze — pomijam tu publiczne wypowiedzi — pan Duda bije pozostałych kandydatów o kilka długości. I naprawdę jego płeć jest tu najmniej ważna, dla feministki i dla nie-feministki. Niestety pracuje też ciężko nad rozpoznawalnością, co w tym przypadku oznacza wygłaszanie populistycznych andronów. Jednak i tu pani Ogórek przegrywa, ponieważ jej „lewicowe” androny po pierwsze lokują ją pomiędzy PiS a LPR, a po drugie bardzo luźno (staram się być miły) wiążą się z urzędem prezydenta. Pan Duda natomiast wygłasza apel do Bronisława Komorowskiego, żeby nie podpisywał ustawy o reformie górnictwa. Niepodpisanie ustawy rzeczywiście leży w gestii prezydenta.

Najwięcej o SLD w roku 2015 mówią tak naprawdę odmowy Olejniczaka, Nowackiej i Łybackiej. SLD pod wodzą Millera nie podniesie się nigdy. Budowanie partii o twarzy człowieka, którego jedyną siłą jest umiejętność przekonywania lokalnych bonzów do głosowania na niego w wyborach przewodniczącego jest niewątpliwie zajmującym i przyjemnym zajęciem, ale nie jest to umiejętność przekładająca się na poparcie w wyborach. Nie dziwię się np. Barbarze Nowackiej, że nie chce swoim nazwiskiem firmować polityki Millera. Dla pani Ogórek kandydowanie na urząd prezydenta RP jest niewątpliwie wielkim skokiem w porównaniu z pracą z prezydenckiej kancelarii. I tylko lewicowych wyborców szkoda.

A Komorowski i tak wygra w pierwszej turze.

Zdjęcie: P. Bławicki, East News