Dla dokładności, jak na razie jest to kryzys 41-lecia.
Kiedy ktoś ma kryzys zdrowotny przez kilka tygodni, ludzie dzwonią, przynoszą kwiaty, prezenty, pytają, czy mogą pomóc. Wysyłają uściski, niektórzy nawet kartki pocztowe, jakieś tam dowody pamięci.
Po paru miesiącach, kiedy nie widać poprawy – a co gorsza niekiedy pogorszenie, ten strumyczek zaczyna wysychać. Część osób się nudzi, bo ile razy można spytać „jak się masz” i usłyszeć „źle”. Część obwinia chorego – to jest mechanizm psychologiczny, nie wymyślam tego na poczekaniu – podświadomie uważając, że skoro nie ma poprawy, to chory się nie stara wystarczająco. Część… zapomina. Dzwonią do mnie, zapraszają, ja nie przybywam, dzwonią, zapraszają, nie przybywam… i przestają dzwonić i zapraszać. Przestają też SMSować, pytać, jak jest.
Częścią mojego kryzysu jest dziwne skrzyżowanie odczuć: otóż obecność ludzi okropnie mi szkodzi i potrzebuję ciszy i samotności – ale jednocześnie czuję potrzebę kontaktu z ludźmi. Tylko ograniczonego i na moich warunkach. Niewielu jest gotowych się do mnie dostosować i cenię tych, którzy to czynią. Nie ma ich wielu. Liczba moich dalszych przyjaciół i znajomych spadła. Ale spadła też liczba osób, które uważałem za naprawdę bliskie. Nie jestem dla nich wystarczająco interesujący. Znów, jestem świadom, jak to działa i nie jestem zaskoczony. Tylko… no, sami wiecie.
A teraz opiszę ostatni rok. Bo mój kryzys trwa od roku, zmieniając się od głębokiego do mniej głębokiego, a potem z powrotem.





