Przyśniło mi się dzisiaj, że jestem uchodźcą.

Sen, jak to sen, był surrealistyczny. Miałem ze sobą żonę, syna i brata. Pojawiła się szansa na bezpieczniejszy transport, ale tylko dla jednej osoby. Wypchnąłem dziecko, wciskając mu kłamstwa, że na pewno będzie dobrze i zobaczymy się na miejscu. Jednocześnie czułem się strasznie, bo transport bezpieczniejszy nie oznaczał w pełni bezpiecznego. A nie byliśmy jeszcze w Europie, był to początek naszej ucieczki.

We trójkę, z żoną i bratem, płynęliśmy łodzią, która wydawała się potwornie wolna. Przykrywał nas muślinowy „dach”. W każdej chwili mogliśmy zginąć. Nie mogłem się powstrzymać od wyobrażania sobie: jakie to uczucie, gdy kule karabinu maszynowego przeszywają ciało? Ramiona, plecy, głowę… Przepłynęliśmy. Nie odstrzelono nas.

Cięcie – obudziłem się, wziąłem poranne leki, skorzystałem z toalety, wróciłem do łóżka.

Druga część snu: jestem na Polach Mokotowskich, obok mnie holenderski kumpel, ale we śnie Polak. Kumpel pyta mnie, jak było – jak się czułem podczas przeprawy. Z jakiegoś powodu wsiadam na rower, robię dwa kółka, próbując zebrać myśli i ułożyć odpowiedź. Bo jedyne, co mi przychodzi do głowy, to: strasznie. Było strasznie. I nagle zdaję sobie sprawę, że jestem sam. Nie ma ze mną syna, żony i brata. Przeżyłem tylko ja.

Dawno nie czułem takiej ulgi wstając z łóżka. Dla wielu ludzi to nie jest sen.

W środę nastąpił zbieg okoliczności.

Od miesięcy przygotowywałem się do sprzedaży mieszkania. Remont. Wyprzedaż niepotrzebnych rzeczy. Sprzątanie. Wymiana podłóg. Wahania w temacie kuchni (stanęło na tym, że nie kupiliśmy kuchni wcale i nowy właściciel zajmie się tym wedle swojego uznania). Na początku nieco przerastała mnie skala prac. Potem powoli przestawała mnie przerastać. Wraz z postępem robiłem się coraz spokojniejszy, a Zbrojmistrz coraz nerwowy, bo z jakiegoś powodu wskoczył mu tryb „MUSIMY WSZYSTKO ZROBIĆ DZISIAJ”. Aż wreszcie w środę nadszedł TEN dzień. Podmalowałem ostatni przeoczony kawałek. Odkurzyłem po raz czterdziesty (nie do pomyślenia, jak bardzo na czyściutkiej jasnej podłodze w mieszkaniu pozbawionym mebli widać KAŻDY pyłek). Wyrzuciliśmy część rzeczy, część spakowaliśmy do torby… i… skończyło się.

Czytaj dalej

Od niedzieli trwa roztrząsanie tematu „jakie szkody przyniosło Razem”. Przez Razem ZLewSLDTRUPPPSZieloni nie weszli. Przez Razem PO nie ma większości. Przez Razem… i tak dalej. Wiktoria zebrała najciekawsze. Tymczasem ja pozwoliłem sobie na małe ćwiczenie umysłowe.

Na moim Buniu pojawiają się rozgoryczone posty osób, które związały się ze ZLewem. Często są to osoby, które lubię i cenię. Te osoby wypominają, że przecież ZLew to nie SLD i Palikot, to ruchy miejskie, Zieloni, młodzi ludzie, przez Razem pozbawieni szans na posłowanie. Jednak osoby te zdają się zapominać, że układanie list wyborczych to sztuka. Jeśli na przykład od 2001 w, dajmy na to, Gdańsku nigdy poseł SLD nie zdobył miejsca, znaczy to, że „biorące” miejsca można bez większych niepokojów oddać Zielonym, ruchom miejskim, etc. W ten sposób da się ułożyć listy tak, aby jedynki wyglądały ładnie, suwak, parytet, każde ugrupowanie ma swoje i tylko nieszczęśliwy przypadek zadecydował o tym, że to nie Zieloni mieliby większość.

No więc (nigdy nie zaczynaj zdania…) moje ćwiczenie polegało na tym, że wziąłem listy z 2011 i porównałem z 2015. Załóżmy, że Razem nie istnieje, a wyborcy SLD głosują dokładnie identycznie, jak w 2011 i dają zlewicy identyczny wynik procentowy. Poniżej efekty mojego porównania: okręg, numery na liście, które dały w 2011 miejsce w ławach sejmowych, nazwiska i afiliacje osób, zajmujących te miejsca w zeszłą niedzielę. Proszę sygnalizować, jeśli się pomyliłem, będę poprawiać.

Czytaj dalej

Mówi się, że twarz ma się tylko jedną. Ja mam wiele – i nie mówię tylko o fryzurach.

Dwanaście lat temu, kiedy zaczęła się moja depresja, stawałem przed lustrem i szukałem śladów siebie w swojej twarzy. W środku szalał wicher, niosąc szczątki duszy pozostałe po atomowej zagładzie. W środku panowała wyłącznie biel i czerń. Na zewnątrz widziałem kolory, przydymione przez depresję, ale jednak obecne. Na próbę uśmiechnąłem się do lustra. Nawykłe mięśnie napięły się odpowiednio i odkryłem, że czując się jak atomowa zagłada potrafię wyglądać kwitnąco. To odkrycie zostało ze mną na zawsze, konfundując wiele znajomych osób.

Czytaj dalej