Długo zastanawiałem się, czy pisać tę notkę. Robię research do kolejnej książki (chyba nie nazwę jej „Uzależnienia dla początkujących”, chociaż mnie kusi) i spotykam się z bardzo dziwnymi lub zwyczajnie głupimi opiniami na temat uzależnień i osób uzależnionych. Napiszę jak ja to widzę, można się ze mną nie zgadzać, poza tym opisuję holenderskie podejście do kwestii, a nie polskie.

1. Nigdy bym się nie uzależnił(a), bo jestem na to za mądra/za silny/etc.

Słyszałem o jednym człowieku, który uzależnił się z premedytacją. Od heroiny. Miał taki fetysz. Nie, ja też tego nie rozumiem. Niemniej jednak rozmawiałem z dziesiątkami osób uzależnionych od różnych rzeczy – seksu, jedzenia, alkoholu, narkotyków, hazardu – i wyobraźcie sobie, że każda z tych osób, co do jednej, myślała, że nigdy jej się to nie przydarzy. Osoba uzależniona od narkotyków, poza jednym przypadkiem wymienionym na początku, nie myśli sobie „hej, zostanę narkomanem, będzie zajebiście!”.

Uzależnienie jest w tej chwili uznawane za chorobę. Zetknąłem się ze stwierdzeniem, że nałogowcy mają alergię na [wstaw rzecz, od której osoba jest uzależniona]. Nie do końca się z tym zgadzam, uważam za to, że jak najbardziej istnieją rodzaje osobowości sprzyjające rozwojowi uzależnień. W szczególności osoby z chorobą dwubiegunową mają w zależności od źródła między 52% a 60% szansy na rozwój uzależnienia od substancji.

Czytaj dalej

Odkryłem ku swojemu zdziwieniu, że jestem szczęśliwy. Bez „oprócz”, „poza”, „ale”. Po prostu jestem szczęśliwy.

Duży udział ma w tym fakt, iż moja definicja szczęścia ogromnie się zmieniła. Kilka lat temu było mi strasznie ciężko przyjąć do wiadomości, że muszę przestać imprezować, pić, zażywać, mam zacząć chodzić wcześnie spać, żreć garściami tabletki i generalnie robić rzeczy, które do tej pory nie leżały w kręgu moich zainteresowań. W 2011 myślałem, że moje życie praktycznie się skończyło, diagnoza dwubiegunówki nieomal mnie zabiła, zmiany stylu życia były nie do przyjęcia, myśl o tym, że choroba jest nieuleczalna była nie do przyjęcia.

W międzyczasie przywykłem i wreszcie jestem bliski pogodzenia się z tym, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Jak to mówią w programach dwunastu kroków, przyznaliśmy, że staliśmy się bezsilni wobec choroby – że przestaliśmy kierować własnym życiem. Dzięki temu przyznaniu powoli odzyskałem siłę, aby wrócić do życia. Nie jest to życie, jakiego się spodziewałem, jakie sam bym dla siebie wybrał, ale czyni mnie szczęśliwym. W zupełnie nieprzewidziany sposób.

Czytaj dalej

Dzisiaj gościnnie pisze dla państwa Terrwyn, która pomagała w tłumaczeniu i redakcji polskiej wersji mojej książki o dwubiegunówce.

*

Ray kazał mi się przedstawić. Napisać „wprowadzenie dla osób, które mnie nie znają”. Jestem w tym kiepska. Mam dwadzieścia siedem lat i ChAD, studiuję kierunek, który jest na tyle charakterystyczny, że się nim nie pochwalę. Żyję we frustracji, poczuciu zmarnowanego czasu i ciągłej obawie. I prowadzę bloga o dwubiegunówce, który jest dużo mniej popularny niż ten – głównie dlatego, że piszę od święta. Zwykle w okolicach hipo. Ostatnio przestałam palić i mam szczury. Chwilowo jestem względnie stabilna.

Czytaj dalej

Moje leki i choroba na ogół mają wpływ na moją kreatywność. Podczas depresji nie robię nic kreatywnego, podczas manii rąbię szesnaście godzin dziennie, jedząc w pośpiechu przy komputerze. W stabilności, którą Bogowie i pani psychiatrka obdarzyli mnie ostatnio, bywa różnie. Czasami muzykuję i nic poza tym. Czasami projektuję. W ostatnich tygodniach piszę.

Skończyłem swoją autobiografię. Dzieło to wiekopomne niedługo wpadnie niczego się nie spodziewającym wydawcom do skrzynek e-mailowych. Najpierw jednak muszę napisać kontekst, co idzie mi jak krew z nosa. Jak mam w pięciu punktach streścić pół roku życia? Wychodzi mi coś takiego:

Rozdział VII:

  • powolne odkrywanie syndromu obsesywno-kompulsyjnego Jana
  • ciągłe frustracje w związku
  • zdominowanie związku przez Jana
  • kłótnie, zerwanie

Czyż to nie brzmi FASCYNUJĄCO?! Któż oparłby się powabowi tak ekscytującej literatury? Pomysł, że konspekt ma streszczać akcję w punktach nie sprawdza się w wypadku książek nieposiadających typowej akcji. Nikt w moim utworze nie ginie, nie leje się krew, nikt nie strzela, nie włamuje się do komputerów, tatuaże są, ale jakoś ich nie opisałem. (Może powinienem. I nazwać całość „Mężczyzna z tatuażami”.) Przysięgam, że rozdział VII brzmi ciekawiej, niż wynika z tego pasjonującego streszczenia…

Poza tym chodzą mi po głowie trzy nowe książki naraz. I tuptają nóżkami po czaszce. Jedna o depresji, rozpędem po „Chorobie dwubiegunowej dla początkujących”. Druga o uzależnieniach – napisałem długą notkę stanowiącą jeden z rozdziałów, ale jakoś ciężko mi się zdecydować na publikację. Trzecia… o miłości po trzydziestce, z gościnnym udziałem Niny Wum. Do dwóch pierwszych research mam w zasadzie zrobiony, do trzeciej niestety nie, więc zapewne niedługo poproszę o chętne osoby do zwywiadowania – bo co ja mogę wiedzieć np. o dzieciach, rozwodach, etc. Nawet do ślubu nie dotarłem. Ciężkie jest życie trzydziestoośmiolatka. *chichocik*

Dłubię nową płytę. Napisałem piosenkę”Take Me To Your Leader” specjalnie dla Billie Ray Martin. Przez całe miesiące mój mózg z upodobaniem odtwarzał mi utwór w kółko, razem z głosem Billie, aż w końcu nagrałem demo, trzy razy przepisałem tekst i wysłałem artystce. Odpowiedziała, że tekst jest okropny, melodia paskudna, a podkład ohydny, ale „cóż, zaśpiewam to dla ciebie, chociaż wolałabym nie”. Jak się domyślacie, świetnie to wpłynęło na moje samopoczucie oraz kreatywność muzyczną, ale nie poddaję się. Mam do dyspozycji czterech wokalistów płci męskiej, nie wiem, co z tego wyniknie, ale może coś ciekawego. Tyle, że nie mogę im wysłać piosenki o byciu silną kobietą, która gotowa jest naprawić świat.

W ramach szukania fajnych sampli do „Take Me To Your Leader” znalazłem ładny męski głos, użyłem sampla z lubością, po czym odkryłem, że męski głos należy do brata Niny. Po raz kolejny udowodniłem, że świat składa się z sześciu osób, a pozostałe dorabiamy za pomocą luster. Przysięgam, że nie szukałem nawet Polaka, po prostu znalazłem zupełnie losowy ładny męski głos…

Co tam jeszcze u mnie ciekawego… duża rzecz, o której napiszę za jakiś czas, kiedy się pomyślnie zakończy. W kuźni i na siłowni chwilowo nie bywam, albowiem uszkodziłem sobie plecy podnosząc cztery szafki kuchenne złączone w jeden blok. Nie podnosiłem ich, rzecz jasna, samodzielnie, tylko w towarzystwie czterech innych panów, z których jeden był nieco wątły, szedł z ustrojstwem obok mnie i nagle upuścił swój róg, a mi coś jęknęło w plecach. Zlekceważyłem, bo lekko tylko zabolało, po czym następnego dnia obudziłem się z obwarzankiem zamiast kręgosłupa. Minęło ponad sześć tygodni, bywam u fizjoterapeutki, zrobiła mi porządny masaż i pomogło, ale następna wizyta dopiero za tydzień, a mi stal wysycha i węgiel pleśnieje. CHCĘ DO KUŹNI!!!!! Przepraszam, już się uspokajam.

A poza tym jest dwudziesty listopada, a u nas rano było czternaście stopni i nie wiem, co o tym myśleć…