Średnio trzy razy dziennie natykam się na apele intelektualistów i publicystów polskich do Prezydenta Dudy, Ajatollaha Kaczafiego (wymyślił Tomasz Lis i pokochałem) oraz Beaty Szydło (jakby ona mogła cokolwiek zrobić). Te apele idą mniej więcej tak:

Wielce Szanowny Panie Prezydencie!

Z wielkim zaskoczeniem (chłe chłe) przyglądamy się niepokojącym (chłe chłe) i niespodziewanym (chłe chłe) zmianom dokonywanym na/w [tu wstawić organ odzyskiwany danego dnia]. Wzywamy (chłe chłe) do poszanowania (chłe chłe) opinii mniejszości/opozycji/Trybunału. Obiecywał Pan (chłe chłe) w kampanii bycie Prezydentem Wszystkich Polaków (chłe chłe).

Pozostając w lekkim, z pewnością nieusprawiedliwionym zaniepokojeniu (turlam się)

Intelektualiści & Publicyści

Czytaj dalej

Dzisiaj miało miejsce coś, co tak mną wstrząsnęło, że aż ogłupiałem. Mianowicie przyszedł do mnie w gości człowiek bezdomny.

Mącenie mi w głowie człowiek, którego nazwiemy Ignacy, rozpoczął natychmiast, wydobył mianowicie z plecaka najpierw ręcznik, potem zaś plastikowe pudełko, które woniało dość potwornie i poprosił grzecznie o odgrzanie zawartości w mikrofali. Prośbę spełniłem, do tego stopnia ogłupiały, że w końcu nie spytałem go nawet po cholerę przynosi do mnie do domu jedzenie, skoro można mnie po prostu poprosić o lunch. Trochę potrwało, zanim sobie przypomniałem, że Holendrzy są skąpi, niekoniecznie muszą mieć ochotę karmić gościa zaproszonego na herbatę, niemniej jednak wydarzenie nadało ton wizycie.

Z odgrzanym jedzeniem, które na ciepło pachniało sto razy lepiej niż na zimno, udaliśmy się do salonu, gdzie ja podłożyłem sobie wytwornie zwiniętą w rolkę poduszkę pod obolałe plecy, a gość przystąpił do konsumpcji. O tym, że Ignacy nie ma chwilowo gdzie mieszkać w sumie wiedziałem, ale nie znałem szczegółów i wyobrażałem sobie, że to jest sytuacja na kilka dni. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że prawo niderlandzkie uderzyło go zderzakiem i uciekło z miejsca zdarzenia.

Czytaj dalej

Zgadało się wśród starych znajomych w temacie: co by się musiało wydarzyć w Polsce, żebyś wyjechał(a).

W 2006 roku w Polsce premierem był Jarosław Kaczyński (kiedy już mu się znudziło udawanie, że premierem jest MaxiKaz). Ministrem edukacji był Giertych. Resztę składu tej bandy sobie daruję, zwłaszcza, że duża część właśnie wróciła na stanowiska. W Trójce słuchałem audycji, do której dzwonili słuchacze narzekać na homoterror i że nie można pedała pobić na ulicy, bo się odpowiada jak za człowieka. Moja ciotka… na ten temat już pisałem dużo i rozwlekle, w skrócie nie widziałem jej już jakoś tak od roku, bo nie życzyła sobie w domu Szacownego (wtedy)Małżonka.

Miałem za sobą różne doświadczenia homofobii okazywanej fizycznie. Kilka lat wcześniej otrzymałem o pierwszej w nocy SMSa od ukochanej osoby „nie denerwuj się, ale pobito mnie na ulicy”. Jak się okazało, kiedy romantycznie szliśmy przez puste miasto trzymając się za ręce, za nami szła banda dresów, jako mężczyźni odważni zaczekali, aż się rozdzielimy, po czym z uwagi na moje oddalenie się autobusem zaatakowali drugiego z nas. Mniejszy, chudszy, świetna ofiara. Zaczął krzyczeć, ktoś podbiegł, dresy uciekły. Miał „szczęście”.

Czytaj dalej

Dzisiaj o najgłupszym dniu mojego życia, który, tak się składa, miał miejsce wczoraj.

Zajrzałem do sprzedanego mieszkania. Tak po prostu, po pocztę i sprawdzić, czy, bo ja wiem, nie spadł na nie fortepian, albo nie biegają po nim szczury. Otworzyłem drzwi, pocztę znalazłem, nie była zbyt ciekawa (oprócz tego, że ministerstwo ds. imigracji odesłało mi kopie dokumentów, które im przysłałem)* Rozejrzałem się, ruszyłem do wyjścia i odkryłem, że drzwi się nie zamykają.

Zgłupiałem. Najpierw sprawdziłem, czy jakimś przypadkiem nie przekręciłem klucza w zamku przedwcześnie. Nie. W takim razie o co może chodzić? Doszedłem do wniosku, że może coś się poruszyło – cały Amsterdam stoi na bagnach, domy buduje się na palach, czasami coś się porusza i np. drzwi od łazienki przestają się zamykać. Z oględzin wynikło, że to coś jest na wysokości dolnego zamka, uznałem więc, że muszę poprawić zamek. Tyle, że w moim starym mieszkaniu nie ma absolutnie żadnego narzędzia.

Zadzwoniłem do Eugenii, która mieszka w pobliżu, błagając ją o śrubokręt krzyżak. Eugenia posłusznie przejrzała narzędzia i doniosła, że krzyżak ma, czemu nie, wielkości 1 mm, a potem ma wielki płaski śrubokręt. Nic pomiędzy. W tym momencie jednak do domu wrócił sąsiad z pierwszego piętra. Bardzo mnie to ucieszyło, poprosiłem go o śrubokręt, przyniósł. Przykręciłem zamek nieco bardziej. Nie pomogło. Spróbowałem go przesunąć o kawałeczek w górę, dokręcając i odkręcając śrubki. Nic. W końcu okropnie się zirytowałem, odkręciłem zamek kompletnie i te cholerne drzwi nadal się nie zamknęły.

Skisłem. O cóż do cholery chodzi. Jakim cudem otwarły się bez problemu, ale zamknąć nie chcą? Kręciłem kluczami w górnym zamku dosyć bez sensu, przykręciłem z powrotem dolny. Poprosiłem sąsiada o młotek. Z jakiegoś powodu miał wyłącznie gumowy. Beznadziejnie popukałem nim w listwy. Bez zmian. Listwy przykręcone były śrubami, które lekko wystawały. Przez osiem lat nie było to żadnym problemem, ale może teraz nie wiem czemu jest, pomyślałem. Dokręciłem śrubę. Nic. Postanowiłem ją więc wykręcić. Długa była jak cholera, wykręciłem jednak, pociągnąłem drzwi, a one się grzecznie zamknęły.

Po sekundzie radości zauważyłem, że w środku zostały moje klucze, portfel, kurtka oraz narzędzia sąsiada.

Jakąś minutę spędziłem na bezładnym bieganiu w kółko i wydawaniu okrzyków w stylu „oh man! oh fuck!”. Potem udaliśmy się z sąsiadem do niego na górę, dostałem szklankę wody i zapoznałem się z kotem. Pozostało tylko zadzwonić do Zbrojmistrza, żeby przyjechał i mnie wpuścił. Wiedziałem, że Zbrojmistrz wychodzi na miasto, więc podjedzie bez problemu. Z tym, że nie wziął ze sobą komórki. Zrobiło mi się trochę ciepło. Sąsiad miły, ale nie znam go aż TAK dobrze, a za pół godziny musiał wyjść. Dzwoniłem co trzy minuty, a telefon twardo brzęczał. Z nerwów niechcący zadzwoniłem do dwojga znajomych, bo trzęsły mi się ręce. W końcu sąsiad przeprosił i wyszedł, prosząc, żebym zatrzasnął za sobą drzwi, a ja zostałem u niego w mieszkaniu, za towarzystwo mając wrednego kota, który przychodził do mnie, mówił „mrrr”, po czym jebał pazurami po mojej ręce. W końcu mnie to zeźliło, zacząłem go odpychać czapką, a gdy ciachnął mnie po raz trzeci, usunąłem go z kanapy butem. Nie kopniakiem, delikatnie.

Zbrojmistrz odebrał telefon i zaczął od przeprosin. Rzuciłem dość złośliwe „you know, mobile phones are called that because they are mobile”, po czym złość natychmiast opadła, bo przecież sam się zamknąłem. Biedak wskoczył z powrotem na rower i w ciągu pół godziny przyjechał, wpuścił mnie do mieszkania, zebrałem rzeczy i wyszliśmy bez kolejnych niespodzianek.

Do tej pory nie rozumiem, jakim cudem śrubka obecna w tym miejscu od ośmiu miesięcy nagle się wykręciła i zaczęła przeszkadzać, zwłaszcza, że drzwi otworzyły się gładziutko. Niemniej jednak jestem wdzięczny sąsiadowi (kotu nieco mniej). A Eugenii dam w prezencie zestaw śrubokrętów…

 

* ZUS odmówił przyjęcia mojej dokumentacji medycznej przysłanej przez UWV, czyli holenderski ZUS. Powodem było to, że UWV wysłał im PDF, a pod dokumentacją musi widnieć podpis długopisem. PDF nie był podpisany długopisem.