Aktualna histeria na punkcie nowych Star Łorsów przypomniała mi, że jestem nerdem wybiórczym.
Do pewnego stopnia jestem nerdem hipsterem. Jeśli mój Facebook zawalony jest Star Łorsami, jest stuprocentowo pewne, że tego filmu nie obejrzę. Batman z Heathem Ledgerem w roli Jokera był podobnie histerycznie uwielbiany, przez co obejrzałem go wyłącznie przypadkowo kilka lat później i ze wstydem przyznałem, że mi się podoba. Aktualnie na topie są oczywiście Wojny oraz album Adele 25, którego popularności również nie rozumiem. Adele nie jest ani przesadnie oryginalna, ani szczególnie utalentowana, jej piosenki nie są niezwykle wymyślne artystycznie ani magicznie wyprodukowane, płyta jest obraźliwie taka sobie. Typowe 7/10. Tymczasem w ciągu kilku tygodni Adele sprzedała więcej swojego 25 niż Taylor Swift 1989 (odkrywcze tytuły) i najpewniej w przyszłym tygodniu osiągnie nowy rekord: 21 i 25 będą dwiema najlepiej sprzedającymi się płytami tego stulecia. (W tej chwili na drugim miejscu jest Buble Christmas, co boli jeszcze bardziej.) Żaden z tych tematów mnie nie interesuje, to znaczy Adele interesuje mnie o tyle, że nie rozumiem powodu, dla którego ludzie tak za nią szaleją.





