Aktualna histeria na punkcie nowych Star Łorsów przypomniała mi, że jestem nerdem wybiórczym.

Do pewnego stopnia jestem nerdem hipsterem. Jeśli mój Facebook zawalony jest Star Łorsami, jest stuprocentowo pewne, że tego filmu nie obejrzę. Batman z Heathem Ledgerem w roli Jokera był podobnie histerycznie uwielbiany, przez co obejrzałem go wyłącznie przypadkowo kilka lat później i ze wstydem przyznałem, że mi się podoba. Aktualnie na topie są oczywiście Wojny oraz album Adele 25, którego popularności również nie rozumiem. Adele nie jest ani przesadnie oryginalna, ani szczególnie utalentowana, jej piosenki nie są niezwykle wymyślne artystycznie ani magicznie wyprodukowane, płyta jest obraźliwie taka sobie. Typowe 7/10. Tymczasem w ciągu kilku tygodni Adele sprzedała więcej swojego 25 niż Taylor Swift 1989 (odkrywcze tytuły) i najpewniej w przyszłym tygodniu osiągnie nowy rekord: 21 i 25 będą dwiema najlepiej sprzedającymi się płytami tego stulecia. (W tej chwili na drugim miejscu jest Buble Christmas, co boli jeszcze bardziej.) Żaden z tych tematów mnie nie interesuje, to znaczy Adele interesuje mnie o tyle, że nie rozumiem powodu, dla którego ludzie tak za nią szaleją.

Czytaj dalej

Tym razem to ja wpadłem w szpony systemu, konkretnie medycznego, w związku z bólem pleców.

Sprzedaliśmy trzy miesiące temu cztery szafki z ikea, skręcone w jedną całość i z blatem na wierzchu. Na moje oko koło 200 kg. Kupujący nie chciał ich rozmontowywać, tylko wynieść w całości. Przybyli w składzie trzyosobowym, ja miałem silnego kumpla, w piątkę wynosiliśmy potwornie ciężki przedmiot i nagle chudy chłopak koło mnie upuścił swój róg, a mnie pociągnęło w dół.

Czytaj dalej

Zbliża się okres, w którym zbiera mi się na podsumowania. Przypomniał mi o tym artykuł z niezawodnej gazety.pl: otóż niemieccy (nie amerykańscy! też się zdziwiłem) naukowcy odkryli, że większość Europejczyków – z wyjątkiem wysoce religijnych chrześcijan – czuje się źle w okresie świątecznym. To niezwykłe odkrycie zaskoczyło, jak sądzę, wyłącznie niemieckich naukowców i wysoce religijnych chrześcijan, ale na wypadek, gdyby tłumaczenie mogło być pomocne, podejmę się opisania swojego punktu widzenia.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam podekscytowanie prezentami. Kolacja wigilijna stanowiła wyłącznie przeszkodę na drodze do prezentów. Dławiliśmy się z braćmi i kuzynami kolejnymi potrawami, zdecydowani wciągnąć każdą z nich jak najprędzej, po czym z rozpaczą odkrywaliśmy, że musimy czekać na mamusie, wujków i babcie, które złośliwie i podle rozkoszowały się każdym kawałeczkiem pieroga, rybki i innych cholernych kapustek. Wreszcie następował upragniony moment i rozszalałe harpie rzucały się na kolorowe pudełka. Nie pamiętam żadnego prezentu, oprócz jednego: niezawodna babcia ZAWSZE dawała mi kalesony i one ZAWSZE były za małe. Raz jeszcze, sporo później rzecz jasna, uszczęśliwiono mnie golarką i kremem do golenia. Całe życie zapuszczam brodę…

Czytaj dalej

John Grant, na którego płytę czekałem niecierpliwie, okropnie mnie zawiódł. Z tym, że Seal już nigdy nie nagra dobrej płyty w zasadzie się pogodziłem, ale nadzieja umiera ostatnia. Kylie, która wydaje się artystycznie szarpać we wszystkie strony naraz wydała płytę świąteczną (nie znoszę płyt świątecznych), z której podoba mi się jeden bonus i jeden remiks. Uwielbiam ją nadal, ale przydałoby jej się kilka lat wypoczynku. Tymczasem perukami pomniejszych artystów typu Bijonse lub Rijana beztrosko zamiatały Madonna, Janet Jackson i… Enya. Tak więc moje top 10 albumów tego roku, o ile o czymś nie zapomniałem…

Czytaj dalej