Będąc młodym (?) blogerem, przyszedł do mnie e-mail po gumnie od czytelniczki, która walczy z depresją. Wyłożyłem jej swoje postrzeganie paskudy: otóż dla mnie depresja to demon, który wprowadził nam się do głowy, rozsiadł wygodnie, rozłożył odnóża i zaczął srać czarnym atramentem. Od atramentu jest nam źle i nas boli, a tym bólem żywi się demon. I tak będzie siedział, póki go nie wykurzymy, sam sobie na pewno nie pójdzie i nie ma co o tym marzyć.
Czytelniczka przyznała, że brzmi to znajomo, ale ona swojego demona nazywa „głosik”. I przyznam, że bardzo mi się spodobało. Bo demon brzmi przerażająco, a głosik niezbyt. A tak naprawdę w dużym stopniu od nas zależy, czy pozwolimy głosikowi urosnąć do demona, ja w 2004 pozwoliłem i w rezultacie o mało się nie usunąłem z padołu, bo demon przekonał mnie, że to już dno dna, lepiej nie będzie nigdy, żaden lekarz mi nie pomoże… i wtedy głosik, którym była pozostała część mnie, pisnął „lekarz! może jednak lekarza!” i dzięki temu (oraz Radkowi, który zabrał mnie na zakupy do 24-godzinnego hipermarketu) jestem na świecie w roku 2016.
Głosik mówi na przykład tak:
Czytaj dalej