Piszę to nieco wcześniej, ale z premedytacją ustawiam datę publikacji na 16 stycznia, bo wtedy ma miejsce Blue Monday. Jest to dzień, kiedy najwięcej (procentowo) ludzi nawet bez zepsutych mózgów ma objawy depresji. Dzieje się tak, ponieważ:
- Przychodzą rachunki za karty kredytowe („koperta 1 z 2”)
- Minęły święta, sylwester, nowy rok, czech króli, a do wiosny (nie mówiąc o lecie) cholernie daleko
- Za oknem widok, jakby jakimś cudem okno pracowało w trybie monochromatycznym
- Zimno (nie dotyczy osób, które lubią, jak im zimno, znam takie dwie)
- Postanowienia noworoczne na ogół zdążyły się już albo rozmyć w pamięci, albo zwyczajnie zawieść (od początku stycznia chodzę na siłownię, zapłacę za cały rok, to wyjdzie taniej! ojej, na siłowni można się spocić, to obrzydliwe! pójdę jutro… albo pojutrze… albo może w nowym roku…)
Blue Monday to w rzeczywistości pseudonauka, pojęcie wymyślone po to, żeby zareklamować pewną agencję podróży. Nie zmienia to prostej prawdy: sposobem na uniknięcie nierozczarowywania się własną niemożnością spełnienia postanowień noworocznych jest niepodejmowanie postanowień noworocznych.
(Zanim klikniecie, lub nie klikniecie „czytaj dalej”, uprzedzam, że dalej jest o Islandii.)



