Oczywiście zdaję sobie sprawę, że część czytelników w tym momencie zechce powiedzieć: nie, najgorsze jest bycie afrykańskim dzieckiem, które umiera z głodu. Owszem, my depresanci zdajemy sobie sprawę z tego, że obiektywnie rzecz biorąc można sobie wyobrazić wiele rzeczy o wiele gorszych, niż depresja. Większość z nas ma gdzie mieszkać, większość ma co jeść, większość ma ubezpieczenie medyczne. Ta wiedza szalenie przydaje się demonowi, który mieszka w naszej głowie nie płacąc czynszu, plecie sobie z niej bicz o nazwie „kto ci dał prawo użalać się nad sobą” i leje nas po wrażliwych częściach ciała.

Marian Keyes, bogata i popularna (słusznie) pisarka, która sprzedaje miliony książek na całym świecie, napisała na swoim blogu:

To jak być zatrutym, czułam się, jakby mój mózg wypluwał z siebie straszne, czarne, toksyczne chemikalia, które zatruwały wszystkie pozytywne myśli. Dobrze zdaję sobie sprawę, że moje życie jest godne pozazdroszczenia i z pewnością są tacy, którzy myślą „dlaczego, do cholery, ona ma mieć depresję?” Ale to, przez co cierpiałam nie dało się zmienić przez nowe podejście.

Dla mnie osobiście najgorsze w depresji jest to, że pożera filary, na których opiera się moja dusza. W stabilnym, „normalnym” stanie jestem pewien różnych rzeczy. Zbrojmistrz mnie kocha. Ja jego też. Uwielbiam muzykę. Piszę kolejną książkę. Dzisiaj wybieram się na meeting. Moja rodzina mnie kocha. Uczę się kowalstwa, co mnie uszczęśliwia. Rzeczy tak oczywiste, że nie ma co o nich myśleć, po prostu są i już.

Czytaj dalej

Jest rok 1994. Mam 17 lat. Koresponduję z dziewczyną z Zawiercia. Przesyłamy sobie różne ciekawostki, dowcipy, ja dodaję do tego po jednej stronie swojej powieści, którą przepisuję elegancko na papierze innego koloru, z dziurkami, żeby mogła złożyć sobie w całość. Korespondencja trwa ze trzy lata, wymieniamy w tym czasie średnio jeden list tygodniowo, bo samo napisanie zajmuje wieczór lub dwa, a jeszcze poczta musi z wysiłkiem utwór dostarczyć. W końcu nasza znajomość się urywa, czy dlatego, że jednemu z nas nie chce się odpisać, czy po prostu list ginie, a my nie mamy sposobu, żeby to odkryć.

Jest rok 1996. Siedzę w kafejce internetowej za darmowe kupony i wpisuję w wyszukiwarkę Yahoo! słowa „Pet Shop Boys”. Znajduję stronę oficjalną, na której nie ma prawie nic, bo w tych czasach internet dopiero raczkował. Ale zapisuję się na listę mailingową. (O ile pamiętam, nigdy nie przychodzi do mnie żaden mail.) Mam już adres e-mail w domenie Politechniki Warszawskiej. Po kilku miesiącach zarządzenie: odbieramy studentom adresy. Piszę podanie o przyzwolenie mi na zatrzymanie mojego, ponieważ jestem już członkiem listy mailingowej Introspective oraz koresponduję z dwiema osobami. W drodze wyjątku otrzymuję zezwolenie na dalsze korzystanie z e-maila za pomocą programu Lynx. Pewnego dnia, podczas wyjątkowo nudnych zajęć, wymieniam maile z chłopakiem z Południowej Afryki i nagle dostaję gęsiej skórki, gdy zdaję sobie sprawę, że w ciągu pół godziny wymieniliśmy 10 wiadomości. Kilka lat temu trwałoby to pół roku.

Czytaj dalej

Okazuje się, że pozbycie się polskiego obywatelstwa wcale nie jest takie proste, jak sobie naiwnie wyobrażałem. Cóż, dziewięć lat mieszkania poza Polską zrobiło swoje. Przywykłem do urzędów, które starają się pomagać obywatelom i ułatwiać im wszystko, co się da.

Celem wystąpienia o obywatelstwo holenderskie musiałem przedstawić: paszport, zaświadczenie o zdaniu kursu językowo-kulturowego oraz wpłacić 821 euro. Drogo. Ale wszystko inne zrobiono za mnie. Nie był mi potrzebny akt urodzenia, bo składałem go w 2006 roku i urząd ma go w bazie danych. Nie musiałem pisać zaświadczeń o stanie cywilnym i posiadanych dzieciach, bo urząd to wie. Całość procedury zajęła 8 miesięcy. Dzisiaj odbieram nowy dowód.

Z dowodem wiąże się anegdotka. Musiałem, rzecz jasna, zrobić sobie zdjęcie. Do fotografa przybyłem w czarnej koszulce, co okazało się błędem — moja broda zlewała się z kolorem t-shirtu. Tak więc zrobiłem jedyne, co mogłem, założyłem arafatkę. Rezultatem jest zdjęcie, na którym wyglądam, jakby wzięto słit-selfie terrorysty z kałachem w jednej ręce, a Koranem drugiej i przycięto do samej twarzy.

Czytaj dalej

Przyjaciółka, z którą wczoraj rozmawiałem, z naciskiem namawiała mnie na rezygnację ze starości, co ma zapewne związek z tym, że jest ode mnie starsza o całe 13 dni. A jednak…

Jestem stary, gdy słyszę utwory, którymi z upodobaniem katują się nastolatki. Gatunek o nazwie EDM powoduje u mnie wypadanie zębów i łysienie plackowate. Utwór Rihanny pt. „Bitch Better Have My Money” wywołuje we mnie skojarzenia z popsutą pralką. Justin Bieber wzbudza u mnie mdłości, choć nie aż takie, jak jego fanki (miałem wątpliwą przyjemność przejechać na rowerze obok hotelu, w którym Bieber się zatrzymał, chóralne wrzaski 13-latek „JUS-TIN! JUS-TIN!” spowodowały, że z nowym wigorem pocisnąłem pedały, żeby jak najprędzej przestać to słyszeć).

Jestem stary, gdy spoglądam na brytyjskie top 40 i nie znam ANI JEDNEJ piosenki, która się tam znajduje. Kiedyś słuchałem top 40 w BBC Radio One co tydzień i potrafiłem przewidzieć, na którym miejscu zadebiutuje nowy utwór Spice Girls, Pet Shop Boys czy zespołu Aqua. Aktualnie widzę tam wyłącznie nazwiska znane mi z DListed przemieszane z takimi, których nigdy nie widziałem na oczy. Zapewne wiele tracę, słuchając po raz setny Results Lizy Minnelli zamiast, bo ja wiem, Jess Glynne czy Nicka Jonasa, kimkolwiek są.

Jestem stary, gdy 20-latek wysyła mi na portalu randkowym wiadomość „sexy papi”, a ja zgrzytając zębami blokuję drania tylko po to, żeby zdać sobie nagle sprawę, że NAPRAWDĘ mógłbym być jego ojcem. Zbrojmistrz, gdyby się postarał, mógłby być jego dziadkiem. Ratunku.

Czytaj dalej